Chapter 1: Rozdział 1
Chapter Text
Wymack
Kiedy David dorastał w domu pełnym przemocy i marzył jedynie o tym żeby stamtąd uciec obiecał sobie, że nigdy nie sprowadzi podobnego losu na własne dziecko jeśli takowe w przyszłości będzie miał. Nie spodziewał się, że życie potoczy się w ten sposób, że skończy z 9 dzieciaków pod własnym dachem z czego aż ósemka była adoptowana. Romans z Kayleigh był krótkim epizodem w jego życiu, którego wynikiem były narodziny Kevina. Żałował, że kobieta ukryła przed nim prawdę o tym, że po tamtej nocy zaszła w ciąże i dowiedział się dopiero kiedy jedna z opiekunek, które zajmowały się dzieciakami Tetsujiego Moriyamy zadzwoniła do niego i powiedziała mu prawdę. Będzie jej wdzięczny bo dzięki temu mógł zabrać syna z tamtego okropnego miejsca, które nie wyglądało jak dom w którym wychowują się dzieci. Kevin na szczęście mimo strachu dość szybko mu zaufał i przez większość czasu plątał się gdzieś pod jego nogami szepcząc po francusku. Fakt, że dbał o dobro aż tylu dzieciaków był godny podziwu i dobrze o tym wiedział, po adopcji Danielle wiedział, że będzie chciał mieć kolejne dziecko, Matt również utrzymał go w tym przekonaniu, że czwórka dzieciaków będzie prawdopodobnie najlepsza. Seth na początku był trudny, ale kiedy okazało mu się trochę miłości i wyrozumiałości zaufał mu na tyle, że przestał sprawiać problemy, Allison miała być ostatnia, myślał, że nie poradzi sobie z większą liczbą dzieciaków mimo, że było go stać na zapewnienie im wszystkim bardzo dobrych warunków. Jednak po roku od adopcji dziewczynki zadzwoniła do niego koleżanka z pytaniem czy nie zna nikogo kto wziąłby pod opiekę dziewczynkę, którą znaleźli mieszkającą na ulicy, David nie mógł odmówić i od razu poinformował, że przyjedzie z nią porozmawiać, tak w ich życiu pojawiła się Renee. Następna trójka była jak tsunami. Najpierw poznał Nicky’ego, który był w chrześcijańskim domu dziecka i sprzedawał z starszymi chłopcami ciasteczka pod kościołem, szedł akurat z swoją najmłodszą córką na mszę bo obiecał jej to parę dni wcześniej i kiedy ona wybierała jaki smak by chciała on zaczął rozmawiać z chłopcem, który otworzył się przed nim i wyznał, że nie jest dobrze traktowany przez siostry zakonne i codziennie modli się żeby ktoś go zabrał, cóż nie myślał długo i po wielu spotkaniach przy których musiał trzymać język na kłódkę w końcu Nicky wrócił z nim do domu. Wtedy dowiedział się, że dzieciak który chodził na terapie do Betsy jest jego kuzynem i również poszukuje domu po traumatycznych przeżyciach w rodzinie zastępczej i nie mógł powiedzieć nie, Andrew dołączył do ich rodziny jako najmłodszy syn. Kiedy Bee powiedziała mu, że ma on brata bliźniaka, który trafił do systemu przez śmierć matki najpierw wyzywał cały świat, ale miał zbyt miękkie serce i postanowił, że Aaron będzie ostatnim chłopcem, którego weźmie pod swoją opiekę. Tworzyli dużą dziesięcioosobową rodzinę (dwunastoosobową jeśli liczyć ogromną rolę jaką dla dzieciaków grały Abby i Betsy), ale nie żałował, kochał wszystkie dzieciaki jak własne i większość już nawet nie miała problemu żeby mówić do niego „tato”, a to była najlepsza nagroda.
To był jeden z dni kiedy siedział w pracy dłużej, już od wielu lat pracował dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych i przeprowadzał testy sprawdzające umiejętności nowych rekrutów. Zaproponowano mu tę posadę niedługo po zakończeniu kariery jako gracz i wykorzystał okazję, która zapewniała mu dobre pieniądze i elastyczne godziny pracy. Przez większość czasu przeglądał jedynie tysiące teczek i nagrań zawodników wybierając tych najlepszych. Akurat dzisiaj musiał w końcu wybrać wstępnych zawodników i nie zdążyłby odebrać dzieciaków ze szkoły, więc Abby zgłosiła się do pomocy. Końcowo to ona miała odebrać Aarona, Nicky’ego, Kevina i Allison. Betsy od razu zaproponowała, że odbierze Andrew bo i tak miał dzisiaj terapię grupową z innymi dzieciakami, Matt i tak miał boks po szkole, więc zaproponował, że to on odbierze Renee z jej zajęć w kościele razem z Dan, Seth od razu powiedział, że wróci sam i skorzysta z tego, że nigdy nie będzie krzyczeć w domu. To pozwoliło Davidowi skupić się na pracy bez martwienia się o dzieciaki.
Kiedy w końcu zdecydował, że nie da rady dłużej bez kofeiny poszedł do ekspresu przy którym stali jego koledzy.
- Ty dalej tutaj? Aż dziwnie – powiedział jeden z nich i sam nalał Wymackowi kawy.
- Niestety praca sama się nie zrobi, więc pewnie będę tutaj do późna.
- A co z dzieciakami? – zapytała Emily, była trenerką przygotowania fizycznego najnowszych zawodników, więc aktualnie miała mało pracy bo większość z nich była już w drużynie prawie od roku i przeszła już pod opiekę drugiego trenera.
- Właśnie, jak twoja mała drużyna Exy? – zaśmiał się inny.
Uwielbiali żartować z tego, że próbuje stworzyć własną drużynę z swoich dzieciaków, ale nie był zły bo wiedział jak często pomagali mu gdy musiał się urwać bo coś się działo któremuś z nich.
- Wszystko jest w porządku, wyjątkowo. Seth i Kevin się kłócili wczoraj, ale to żadna nowość, na szczęście Matt ich rozdzielił, wziął Setha na boisko, a Kevin spędził ze mną na kanapie większość wieczoru.
- Chociaż tym razem obyło się bez siniaków – odezwał się Chris.
Miał brutalną rację bo zazwyczaj ich kłótnie kończyły się bójkami i nie potrafił z tym nic zrobić. Niestety Seth miewał momenty w których nienawidził własnego życia, a młodszych dzieciaków szczególnie i wtedy zaczynał konflikty przez najmniejsze rzeczy, które innym razem mu nie przeszkadzały. David musiał zacisnąć zęby i nie komentować jak bardzo męczy go jego zachowanie, pozwalał mu wyrzucać z siebie negatywne emocje i pilnować żeby nie dochodziło do bójek. Liczył, że niedługo ten etap się skończy tym bardziej biorąc pod uwagę sytuację w której sam się teraz znalazł i nie miał siły w całym tym zgiełku jeszcze opatrywać co chwilę ran własnych dzieciaków.
Na szczęście udało mu się skończyć przed 17 i nawet zrobić małe zakupy, ulubione lody Andrew i Nicky’ego, przekąski proteinowe dla Setha i Matta, krem orzechowy, który uwielbiała Allison, a skończył się dziś rano i oczywiście przekąski do szkoły.
Kiedy przekroczył próg domu prawie wywrócił się o czyjegoś buta.
- Dan odłóż buty na miejsce! – krzyknął i poszedł w stronę kuchni.
- Sorki tato! – odpowiedziała i włożyła je na miejsce, poszła za nim i zaczęła rozpakowywać torbę pozwalając mu sprawdzić stan domu. Do kuchni wszedł Matt.
- Renee robi zadanie domowe na tarasie, Seth jest w swoim pokoju i śpi, Bee ma być z Andrew za trzydzieści minut.
David przyjrzał się synowi, a dokładniej siniakowi na jego policzku.
- To z treningu, Renee dała mi groszek z lodówki jak tylko weszliśmy do domu – wytłumaczył, a on odetchnął ulgą, że nie była to robota żadnego z jego dzieciaków.
Kiedy oni wrócili przed telewizor w salonie, wyciągnął telefon z kieszeni i napisał do Abby, że jest już w domu i może podwieźć dzieciaki z powrotem, Betsy pojawiła się z Andrew równo półgodziny później, a chłopiec od razu po przekroczeniu progu domu rzucił się w stronę swojego pokoju korzystając, że będzie tam sam przez nieobecność Kevina. Nigdy nie chciał rozmawiać po terapii, więc pozwolił mu na trochę samotności.
- Dzisiaj było dobrze, Lily mówiła, że zabrał parę razy głos – powiedziała przyjaciółka i usiadła na taborecie pozwalając Davidowi jednocześnie przygotowywać kolację.
- Czułbym się lepiej gdyby efekty były lepsze.
- Nie możesz wymagać, że od razu się otworzy, potrzebuje czasu, ale idzie mu coraz lepiej – pocieszyła go. Westchnął i skupił się na krojeniu pomidorów.
Abby dołączyła do nich przynosząc za sobą hałas tworzony przez resztę dzieciaków. Kiedy inni pobiegli do swoich pokoi, albo jak Kevin do ojca, Allison poszła do szafki i uśmiechnęła się widząc, że nowe opakowanie kremu orzechowego już tam jest.
- Dzięki wujku! – powiedziała tylko i poszła do Dan. Skupił się na synie, który przytulał się do niego.
- Wszystko w porządku? – zapytał go i pogłaskał po włosach.
- Źle się czuję, mogę jutro nie iść do szkoły? – spojrzał na tatę błagalnie. On westchnął, wiedział, że nie może zrobić sobie jutro wolnego, ale szybo wtrąciła się Betsy.
- Mam jutro wizyty dopiero od 14, mogę przyjechać i zająć się nim rano – otrzymała za to słaby uśmiech Kevina.
- Dziękuję Bee – po tych słowach poszedł, prawdopodobnie do Andrew i zostawił dorosłych samych.
David upewnił się, że Renee jest już w domu, a nie na tarasie bo zaczynało się robić zimno, oraz wiedział, że nie lubiła być na zewnątrz kiedy było ciemne. Kiedy zobaczył córkę obok Allison zwrócił się do przyjaciółek.
- Musimy pogadać.
Chapter 2: Rozdział 2
Chapter Text
Wymack
Usiedli razem na kanapie kiedy w końcu wszyscy zjedli kolację i udali się do swoich pokoi żeby przygotować się do spania. Matt, Seth, Dan, Allison i Nicky mogli siedzieć dłużej według ustalonych zasad, ale po spojrzeniu Wymack domyślili się, że z oglądania filmu bez młodszych dzieciaków dzisiaj nici i muszą pójść do siebie. Podał dziewczynom herbatę i sam wziął butelkę whisky i nalał trochę do szklanki, starał się nie pić kiedy miał pod opieką dzieciaki, szczególnie te młodsze wiedząc, że wszystko się może wydarzyć, ale tego wieczoru tego potrzebował, a Abby i tak zapowiedziała, że zostanie na noc.
- Mów co się dzieje – odezwała się Betsy i spojrzała na przyjaciela.
On westchnął i zaczął:
- Zadzwoniła do mnie Ellie, wiecie, opiekunka z domu dziecka z którego wziąłem Matta, Setha i Dan. Poprosiła mnie o pomoc w znalezieniu domu dla chłopca, który jest u nich od niedawna, ale nie wytłumaczyła czemu aż tak jej zależy, że do mnie dzwoni. Końcowo pojechałem się z nią spotkać i dała mi jego teczkę – musiał zrobić przerwę żeby wziąć łyk alkoholu. – Chłopiec ma blizny po przypalaniu, zarówno papierosami jak i żelazkiem, siniaki na brzuchu i blizny wyglądające jakby zrobić je nożem. Jest przestraszony, nie odzywa się do nikogo, jego ojca zamknęli w więzieniu, a matka nie żyje. Widział jak umiera.
Kobiety wpatrywały się w niego chyba próbując przyswoić jego słowa. Wyglądały na przerażone i bardzo dobrze je rozumiał bo po przeczytaniu informacji o tym chłopcu miał ochotę pójść do tego więzienia i nakopać człowiekowi, który zrobił to niewinnemu dziecku do dupy.
- David, znamy cię. Chcesz go wziąć do siebie, prawda? – zapytała Abby i złapała go za rękę. Nie odpowiedział jej więc wtrąciła się Betsy.
- Ile ma lat?
- Siedem, jest taki młody. Pamiętam jak adoptowałem Dan jako sześciolatkę, nie wyobrażam sobie jak złym człowiekiem musiał być ten skurwiel.
- Słuchaj, jeśli chcesz go do siebie wziąć to ci pomożemy. Przecież już pomagamy z resztą, Matt, Seth i Nicky są już starsi, potrafią o siebie zadbać, a reszta jest już w o wiele lepszym stanie psychicznym. Damy radę – powiedziała kobieta dalej ściskając jego dłoń.
- Rozmawiałem o tym z Ellie, jestem już na tyle zaufanym opiekunem dla dzieciaków takich jak on, że sama adopcja nie jest problemem, ale według przepisów nasz dom jest za mały żebym mógł wziąć tutaj jeszcze jedno dziecko – wytłumaczył.
- W takim razie poszukamy czegoś większego, jeśli będzie trzeba pomożemy ci z kupnem, przecież wiesz, że uwielbiamy to co robisz dla dzieciaków – Bee uśmiechnęła się do niego pocieszająco.
- Właśnie, jeśli będzie trzeba mogę zamieszkać z wami i ci pomagać na co dzień – zaproponowała niepewnie Abby.
Ich relacja była skomplikowana, ciągnęło ich do siebie, ale oboje bali się zrobić kolejny krok ze względu na dzieciaki i to, że Andrew, Aaron i Seth średnio znosili zmiany.
- Doceniam, to by pomogło. Gdyby się udało będę miał pod opieką 10 dzieciaków – powiedział i mimo wszystko głos mu drżał. Chciał pomóc, ale wciąż bał się czy nie zawodzi ich wszystkich przez to, że jest ich aż tyle, a on jest tylko jeden.
- Zacznij od poszukiwań domu, więcej przestrzeni wam nie zaszkodzi nie ważne co by się stało – zaproponowała Dobson i dopiła swoją herbatę. – Wracam do domu, przyjadę jutro koło ósmej żeby zostać z Kevinem.
Odprowadził ją do drzwi, pożegnał się i jeszcze raz podziękował za pomoc, po czym wrócił do kobiety w salonie. Odłożył szklankę na bok, nie chciał ryzykować, że alkohol uderzy mu do głowy.
- Zacznij od spotkania z tym chłopcem, możesz wziąć ze sobą Andrew, jeśli on go zaakceptuje powinno pójść łatwiej.
- Masz rację, przeglądałem już domy. Nie chcę żeby musieli zmieniać szkołę, ale jedyna, która jest dalej to gimnazjum Setha, i tak kończy szkołę we wrześniu więc to nie problem.
Był to problem, nie miał pojęcia jak syn poradzi sobie ze zmianą szkoły tym bardziej z przymusu. Matt w liceum czuł się dobrze, w końcu miał zajęcia sportowe których brakowało mu w gimnazjum i mówił reszcie jak bardzo się cieszy z tej zmiany. Ale on był inny i wiedział, że ta zmiana dla młodszego syna będzie trudniejsza, nie chciał mu narzucać czegokolwiek, ale jak na razie on nawet nie chciał o tym rozmawiać. Gdyby dowiedział się o którym liceum myśli mógłby upewnić się, że szkoła jest w pobliżu.
Nie miał zamiaru dzielić się tym z Abby, wiedziała o wielu problemach i trudnych przeżyciach jego dzieciaków, ale lepiej będzie jeśli niektóre zostaną między nim i jego dziećmi.
- Jak chłopiec ma na imię? – zapytała.
- Neil Josten.
Następnego dnia rano w ich domu trwał wyścig z czasem. Miał to szczęście, że Matt był już na tyle dojrzały, że sam z siebie pomagał mu przygotowywać młodszych. Zaczynał od obudzenia Nicky’ego, który zawsze przy śniadaniu tyle gadał, że jadł je najdłużej, przez lekki sen Aarona on również się obudził i poszedł za kuzynem do kuchni, na szczęście bez słowa, więc David zaoszczędził co najmniej 10 minut. Potem poszedł do pokoju dziewczyn, Renee już wybierała sweter, Allison nie było, więc prawdopodobnie była w łazience, a Dan kończyła pakowanie plecaka. Pochwalił je i poszedł do pokoju Matta, który zazwyczaj spał zbyt długo i rzadko kiedy wyrabiał się na autobus do szkoły. Potrząsnął nim i nie wyszedł póki nie miał pewności, że chłopak się nie obudził.
- Jesteś brutalny – mruknął i z przymkniętymi oczami poszedł na śniadanie.
Została mu najtrudniejsza trójka, Kevin, którego nie chciał budzić skoro i tak zostawał w domu, a to ułatwiło by życie Betsy, która mogłaby odpocząć przed tym jak wstanie z łóżka i będzie ją zagadywał. Jednocześnie musiał wyciągnąć z łóżka Andrew, nie wiedział jak zareaguje dzisiejszego dnia na wyrwanie go ze snu, szczególnie, że zazwyczaj był zły na cały świat po terapii, a jeśli on zacznie krzyczeć, obudzi Kevina. Został mu też Seth, ale spodziewał się, że zacznie się kłócić o to, że nie chce iść do szkoły i woli zostać w domu. Nie chciał mu na to pozwalać szczególnie, że to nie on z nimi zostawał i nie chciał robić przyjaciółce dodatkowego problemu w ogarnianiu ich konfliktów.
Końcowo zdecydował, że zacznie od Setha. Zapukał cicho do jego pokoju i otworzył drzwi. Przyzwyczaił się do szarości jaka panowała w pokoju syna. Mimo tego był on posprzątany, z wyjątkiem krzesła stojącego obok biurka, które robiło za szafę i łóżka na którym leżał chłopak z otwartymi oczami.
- Hej, trzeba już wstawać – starał się powiedzieć to luźno i delikatnie.
Ten tylko pokiwał głową i się podniósł idąc do łazienki na korytarzu, odetchnął ulgą. To dobry znak, że się nie kłoci chociaż i tak będzie musiał później z nim porozmawiać o tym jak się czuję i prawdopodobnie poprosić Betsy o przyśpieszenie wizyty z przyszłego tygodnia.
Skierował się do pokoju Andrew i Kevina, kiedy wszedł na szczęście drugi chłopiec jeszcze spał. Pierwszy za to siedział na łóżko, był zwinięty niemal w kulkę, a jego oczy były puste. Starał się nie okazać jak bardzo boli go ten widok i kucnął na podłodze żeby nie wejść za bardzo w jego przestrzeń.
- Chcesz żebym cię dotknął? – nauczył się pytać po tym jak za pierwszym razem ugryzł go w rękę kiedy złapał go za ramię bez uprzedzenia.
- Nie
- Dasz radę pójść ubrać się do szkoły? – patrzył na niego próbując wyczytać odpowiedź z reakcji jego ciała.
- Nie dotykaj mnie – powiedział jedynie wstał z łóżka idąc w stronę szafy, widział jak męczy się z ściągnięciem koszulki z najwyższej półki, ale nie miał zamiaru wchodzić w jego przestrzeń. Widział, że dzisiaj będzie ciężki dzień i potwierdziło mu to, że Andrew sam miał problem z dotknięciem własnego ciała. Prawdopodobnie w nocy miał koszmary, ale nie będzie zaczynał tematu póki chłopiec sam nie zacznie.
Upewnił się, że Kevin dalej śpi i poszedł do kuchni gdzie byli już wszyscy z wyjątkiem dwóch ostatnich chłopców. Uśmiechnął się widząc, że Seth je płatki bez narzekania.
Matt wyszedł z domu niedługo później, Seth i Nicky również po tym jak David upewnił się, że wszystko w porządku. Końcowo kiedy przyjechała Betsy podziękował jej jeszcze raz i sam zapakował resztę dzieciaków do auta, specjalnie posadził Andrew na miejscu pasażera po to żeby nikt go przypadkiem nie dotknął z tyłu.
Najpierw zatrzymali się pod gimnazjum do którego chodziły dziewczyny, pożegnał je i obiecał, że będzie po nie jak skończą lekcje. Musiał przemyśleć czy nie pozwolić im jeździć i wracać ze szkoły z Mattem skoro jego liceum było nie daleko, a on od tego roku nie korzystał już z podwózek ojca. Następnie pojechali pod podstawówkę do której chodziła najmłodsza dziewczynka i Kevin, odprowadził Renee do drzwi jej szkoły i upewnił się, że jest bezpieczna w środku po czym pojechał do ostatniego przystanku przed pracą czyli prywatnej szkoły do której chodzili Aaron i Andrew. Pierwszy pożegnał się z nim szybko i nie czekając na bliźniaka poszedł w kierunku drzwi.
- Jak coś powiedz nauczycielce żeby do mnie zadzwoniła – przypomniał drugiemu, kiedy on pokiwał głową pozwolił mu pójść za bratem.
Westchnął. To będzie długi dzień.
Chapter Text
Wymack
Wymyślenie sposobu jak przekonać dzieciaki do perspektywy posiadania kolejnego brata spędzało Davidowi sen z powiek. Wiedział, że większość się ucieszy, dziewczyny były zadowolone kiedy adoptował Aarona i Andrew, Matt podobnie, Kevin był niepewny, ale wystarczyła rozmowa z tatą i przekonał się do perspektywy rodzeństwa i końcowo to on stał się ulubionym domownikiem Andrew. Wiedział, że problem może być z Sethem i tym jak bardzo nienawidzi on zmian oraz właśnie z bliźniakiem.
Siedział w poczekalni w gabinecie Betsy czekając aż terapia Andrew się skończy żeby zabrać go do domu. Miał nadzieję, że poszło im dobrze i nie zobaczy swojego syna próbującego ukryć przed nim łzy. Nie znosił tego, że dalej chłopiec czuł się na tyle niepewnie, że nie potrafił okazywać przy nim swoich emocji.
Wtedy z gabinetu wyszła Bee.
- Skończyliśmy na dzisiaj, zasługuje na lody za dobre zachowanie po dzisiejszej sesji – powiedziała z uśmiechem. – Powiedział, że potrzebuje chwili w samotności.
Odetchnął chociaż trochę, miło było słyszeć, że radzi sobie coraz lepiej.
- Dasz radę przyjąć w tym tygodniu Setha? Ostatnio chyba czuje się gorzej i myślę, że dobrym pomysłem jest to żeby z kimś porozmawiał
- Mam wolną godzinę w sobotę rano, możesz go przywieźć, nawet jeśli zapiera się, że nienawidzi tu być to wydaje mi się, że nienawidzi mnie aż tak bardzo – zaśmiała się i wtedy z gabinetu powoli wyszedł Andrew.
- Papa Bee – zwrócił się do terapeutki i poszedł w kierunku wyjścia upewniając się, że tata idzie za nim.
- Zadzwonię.
Pamiętał jak Renee chodziła na terapię przez pierwszy rok mieszkania z nim. Zawsze po sesji przytulała się do niego i potrzebowała bliskości, jej ulubioną osobą do tego była Dan i zawsze po przekroczeniu domu, starsza dziewczyna już na nią czekała gotowa dać jej komfort, którego potrzebowała. Bardzo cenił za to swoją córkę.
Niestety Andrew przez większość czasu nienawidził dotyku i jakichkolwiek cielesnych interakcji, mógł wymienić na palcach jednej ręki kiedy syn poprosił go o złapanie za rękę lub przytulasa. Liczył, że kiedyś będzie się czuł na tyle bezpiecznie.
Wracali w ciszy do domu, aż sam postanowił ją przerwać.
- Andrew – zwrócił się do chłopca.
On przeniósł wzrok na tatę i pokiwał głową, że słucha.
- Tak się składa, że jest taki chłopiec, który podobnie jak wy potrzebuję kogoś kto okaże mu trochę ciepła, myślałem, że mógłbym go wziąć do nas – zaczął, żałował, że nie może patrzeć na jego reakcje, ale musiał się skupić na drodze.
- Jaki chłopiec? – zapytał w końcu.
- Ma 7 lat i nazywa się Neil, jego rodzice nie byli dla niego dobrzy i uważam, że my moglibyśmy się nim zająć, tylko jeśli wszyscy się zgodzicie – starał się nie wywołać presji u syna i go nie zestresować.
- Nie jest dla nas niebezpieczny? – jego głos brzmiał na wyjątkowo niepewny.
- Oczywiście, że nie. Nigdy nie wpuściłbym do naszego domu nikogo kto by nam zagrażał – obiecał.
- Okej – z powrotem odwrócił głowę w stronę okna.
- Może chcesz pojechać ze mną go poznać? Jeśli uznasz, że nie czujesz się z nim bezpiecznie to nie będzie tematu – zaproponował.
- Dobrze – odpowiedział chłopiec.
Kiedy tylko podjechali pod dom od razu uciekł z auta i widział jedynie jak jego blond włosy znikają na schodach, nie widział Kevina w salonie, więc prawdopodobnie właśnie w ich pokoju się znajdował.
Wszedł głębiej i zobaczył Matta z groszkiem przyciśniętym do policzka oraz chichoczącego pod nosem Nicky’ego, Renee była prawie czerwona prawdopodobnie ze złości, a Dan nigdzie nie było. Wziął głęboki wdech i zwrócił się do swoich dzieci.
- Chcecie mi wytłumaczyć co się stało?
- Matt uderzył Setha! – krzyknęła dziewczynka i od razu wtuliła się w nogi Davida. Wiedział, że nienawidzi przemocy i był ciekawy dlaczego jego najstarszy syn był na tyle głupi żeby wszczynać bójkę w jej obecności.
- Matt? – zwrócił się do chłopaka.
- Na moje usprawiedliwienie to nie było mocno, chciałem żeby się ogarnął bo zaczął dokuczać Aaronowi, delikatnie uderzyłem go w ramię, a on z całej siły przywalił mi w twarz!
- Nicky przestań się śmiać na litość boską – powiedział, a on natychmiast ucichł. – Idź do Aarona.
Pogłaskał Renee po włosach i zapytał już delikatniejszym głosem chociaż było to cholernie trudne:
- Możesz pójść do Allison albo Dan? Później jeszcze mogę cię przytulić, ale chcę to wyjaśnić.
- Ale zadbaj żeby się nie bili! – poczekała aż przytaknie jej głową i poszła na górę.
Spojrzał jeszcze raz na Matta i podniósł groszek żeby zobaczyć zaczerwienienie.
- Cieszę się, że bronisz rodzeństwa, ale to nie znaczy, że masz bić Setha tylko dlatego, że jest dupkiem. W takiej sytuacji przychodzisz do mnie i mówisz mi co się dzieje a ja to wyjaśniam, zrozumiano?
- Wiem tato, ale ciebie nie było i nie sądziłem, że tak zareaguje, raz jest apatyczny a innym razem nerwowy, to irytujące – skrzywił się, David musiał policzyć do dziesięciu żeby nie powiedzieć, że on też jest cholernie zmęczony i chciałby przenieść problemy wszystkich swoich dzieci na siebie, ale się powstrzymał.
- Widzisz, że twój brat nie czuje się dobrze i to jest wystarczający powód żeby nie denerwować go bardziej niż to potrzebne, jak chcesz kogoś uderzyć to uderz mnie – chłopak od razu spochmurniał.
- Masz rację, wybacz.
- Chyba już dostałeś nauczkę – stwierdził wskazując brodą na groszek. – Jesteś najstarszy i twoim obowiązkiem nie jest wychowywanie twojego rodzeństwa, ale nie pogardziłbym pomocą.
- Jasne tato.
- Teraz spadaj bo rozwalę ci drugi policzek – zażartował, powodując śmiech u syna, który poszedł do swojego pokoju.
Matt był jednym z niewielu dzieciaków z którymi mógł tak żartować, nigdy by nie zrobił tego tym którzy byli bici przez rodziców czy jak Nicky przez siostry zakonne. Ale jego najstarszy syn trafił do systemu przez to, że ojciec był alkoholikiem i przepił ich wszystkie pieniądze, a matka wyparła się syna po narodzinach i nawet nie znał jej imienia.
Pamiętał jak chłopak zaraz po adopcji upewniał się, że w lodówce na pewno znajduje się jedzenie, a nie alkohol. Od tamtej pory jakiekolwiek trunki, które miał znajdowały się w szafce w jego pokoju żeby nie wzbudzać w nim nieprzyjemnych wspomnień.
Odpoczął parę minut i wstał żeby porozmawiać z Sethem i upewnić się, że wszyscy wciąż żyją.
Zapukał do drzwi i poczekał na proszę żeby wejść. On i Matt mieli własne pokoje przez to, że byli najstarsi.
- Hej – zwrócił się do syna, który leżał rozłożony na łóżku. – Masz siłę żeby ze mną pogadać?
- Jak masz zamiar na mnie krzyczeć to po prostu wyjdź, nie potrzebuje tego.
- Nie o to mi chodzi, chcę się dowiedzieć jak ta sytuacja wyglądała z twojej strony, nie powinien cię uderzyć nie ważne czy mocno czy lekko. Masz prawo czuć się źle i masz prawo cierpieć, masz prawo nie mieć siły się uśmiechać, ale nie wyżywaj się na młodszych dzieciakach – pogłaskał syna po włosach, tęsknił za czasem kiedy żartowali. Teraz wiedział, że musi uważać na każde słowo, ale był w stanie to zrobić dla swoich dzieci.
- Denerwują mnie tym, że nie zauważają, że mają się odwalić. Nawet jak im mówię żeby dali mi spokój oni wciąż naciskają, a potem dziwią się, że wybucham – schował twarz w poduszce, więc David zbliżył się do niego żeby lepiej słyszeć.
- Wiem, że to irytujące, ale to dzieci Seth, ty też jesteś dzieckiem i żadne z was nie zasłużyło na cierpienie, które was spotkało. Ale nie utrudniajcie sobie tego nawzajem.
- Ale dlaczego wszyscy inni z tego wyszli? Dlaczego Renee już nie chodzi na terapię mimo, że mieszkała na ulicy tyle czasu, dlaczego ona jest w porządku, a ja nie, skoro jestem starszy?
Czuł desperację w jego głosie, ale nie chciał pokazać, że sam myśli dlaczego to właśnie na nich spadło tyle nieszczęść.
- To, że ona poczuła się lepiej nie znaczy, że ty też musisz. Andrew też chodzi na terapię.
- Ale Aaronowi odpuściłeś – zauważył chłopak.
Nie był z tego dumny, że odpuścił drugiemu z bliźniaków, ale nie mógł zaprowadzić go tam siłą. Zaraz po adopcji oczywiście próbował, jak z każdym z dzieciaków, ale Aaron przesiedział z Betsy godzinę nie mówiąc ani słowa.
- Odpuściłem bo nie zmuszę żadnego z was siłą przed otworzeniem się, każdy z was przeżył coś innego. Pochodzicie z różnych środowisk, macie inne doświadczenia. Sam nie chciałeś chodzić na terapię, a jednak jeździsz na sesję co tydzień.
- Chciałbym żeby było lepiej – wtulił się bardziej w kołdrę.
- Ja też, chciałbym żeby każde z was czuło się bezpiecznie, żeby każde z was nie potrzebowało terapii tylko cieszyło się dzieciństwem.
Rozejrzał się po pokoju syna, widział nierozwiązaną pracę domową na biurku, ale nie skomentował jej.
- Słyszałem twoją rozmowę z Abby, o kolejnym dzieciaku – odezwał się Seth po paru minutach ciszy. – Jak chcesz możesz go wziąć. Wiem, że masz słabość do ciężkich przypadków.
Zaśmiał się na jego słowa.
- Chyba masz rację, ale doceniam moje ciężkie przypadki.
- Jak masz zamiar go tu zmieścić? – zapytał cicho.
- Właściwie szukam nowego domu, może udałoby się znaleźć dom w którym dziewczyny dostałyby własne pokoje, jeśli jesteś z tym w porządku – nie miał zamiaru mówić mu, że od tego zależy czy dostanie zgodę na adopcję Neila.
- Im większy dom tym mniej czasu będę musiał spędzać z tymi gówniarzami – mruknął chłopak i przymknął oczy.
Notes:
Kocham Setha
Chapter 4: Rozdział 4
Chapter Text
Wymack
Wymack stał pod szkołą i czekał aż zadzwoni dzwonek na przerwę obiadową żeby zabrać Andrew. Obiecał mu, że weźmie go ze sobą żeby poznał Neila. Nie chciał znowu prosić Betsy czy Abby o opiekę nad dzieciakami, więc zwolnił się z pracy rano żeby mógł normalnie odebrać dzieciaki ze szkoły po wizycie.
Na fotelu położył synowi kanapkę, którą zrobił na szybko rano żeby zjadł coś skoro zabierał go tak wcześnie. Gdyby chodziło o inne dziecko to po prostu by podjechał do jakieś kawiarni i kupił zwykłą kanapkę lub bułkę. Jednak Andrew nie lubił wielu produktów i znalezienie miejsca gdzie byłoby coś akceptowalnego zajęło by więcej czasu niż zrobienie tego samodzielnie w domu.
Kiedy usłyszał dźwięk dzwonka poszedł do drzwi gdzie z nauczycielką już czekał na niego chłopiec.
- Dziękuję – powiedział do kobiety. – Po Aarona będę jak skończą się zajęcia.
Poszedł z synem do auta i gdy ten usiadł podał mu kanapkę. Starał się rano pomóc wybrać akceptowalne ubrania i na szczęście nie zniszczył go.
Uśmiechnął się widząc zadowolenie na jego twarzy kiedy powoli jadł kanapkę.
- Bądź dla niego miły, dobrze? To nowa sytuacja i może się bać.
- Rozumiem jak to jest – mruknął. Jego słowa sprawiły, że David aż się skrzywił, ale nie skomentował. W takich momentach jak ten, kiedy Andrew pokazywał małe cząstki swojego bólu, jeszcze bardziej chciał gorszej kary dla człowieka, który do tego doprowadził.
Był wściekły, zarówno na Tilde Minyard za to, że oddała jednego z bliźniaków, na Cass Spear za to, że nie zauważyła co robił jej biologiczny syn i chłopak musiał uciekać. Ale nie mógł nawet wyrazić jak bardzo był wściekły na ludzi, którzy mu to zrobili. Gwałt był okropny, nie ważne na kim, ale na kimś tak młodym, na siedmiolatku, który nie mógł się bronić. Bolało go to szczególnie mocno.
- Ufam ci, musimy zrobić pierwsze dobre wrażenie – zażartował.
- Masz dobre pierwsze wrażenie – powiedział. – Zazwyczaj potrafimy zobaczyć intencje rodziców, którzy przychodzą nas poznać. Skoro aż ósemka dzieci ci zaufała nie może być tak źle.
- Chyba masz rację.
Jak zawsze trzymał ręce przy sobie chociaż bardzo chciał potargać mu włosy. Wiedział, że takie gwałtowane ruchy i dotyk są w stosunku do Andrew zakazane i akceptował to.
- Jakby coś się działo mówisz mi, a jeśli nie będziesz w stanie, łapiesz mnie za rękaw – przypomniał mu. To był ich sposób komunikacji w miejscach, w których było głośno, tłoczno lub kiedy nie potrafił wydusić z siebie słowa, a potrzebował odetchnąć.
Przez to jak rzadki był dotyk ze strony chłopca to był to idealny sposób dzięki któremu mógł go on poinformować, że coś nie gra.
Wszedł do budynku i upewnił się, że Andew idzie za nim. Czekała już na nich kobieta uśmiechnięta od ucha do ucha, przywitała się z Davidem.
- Hej David, cześć Andrew, miło was widzieć – pomachała młodszemu.
- Ciebie też Ellie, cieszę się, że w końcu mogę poznać Neila.
- Mamy nadzieję, że się polubicie. Jak na razie nie odzywa się do nas, jest niepewny szczególnie w stosunku do starszych mężczyzn, więc nie naciskaj zbyt mocno.
Pokiwał głową, że rozumie słowa kobiety, zaprowadziła ich do pokoju i powiedziała, że pójdzie po chłopca.
Kiedy wróciła trzymając małą rączkę, pierwszą rzeczą na którą zwrócił uwagę były jego brązowe włosy z rudymi prześwitami. Dowiedział się już wcześniej z dokumentów, że to jego matka mu je przefarbowała. Widział jak przygląda się im z ciekawością w niebieskich oczach.
- Neil to jest David i Andrew – przedstawiła ich wskazując, który jest który. On na to pokiwał jedynie głową i usiadł na kanapie jak najdalej od mężczyzny. Mimo ostrzeżenia dalej Wymacka zabolało serce, miał świadomość, że ta reakcja nie była spowodowana nieśmiałością tylko strachem.
Ellie wyglądała na smutną widząc reakcję chłopca, więc zamiast zostawić ich samych postanowiła kucnąć obok niego i powiedziała:
- David jest trener Exy, kiedyś grał w reprezentacji.
Zainteresowanie, które zastąpiło negatywne emocje na jego twarzy było bezcenne. Zdecydowanie udało jej się go zainteresować gośćmi na tyle, że aż się wyprostował.
- Na pewno jak go poprosisz to ci o tym poopowiada – dodała, po czym zwróciła się do nich.
- Neil uwielbia Exy, ogląda mecze w telewizji i bardzo chciałby grać.
Czuł się jakby słyszał opis własnego syna. Kevin podobnie jak on uwielbiał ten sport i był wręcz uzależniony od oglądania go w telewizji i treningów w drużynie młodzików do której zapisał go po przeprowadzce.
- To prawda, grałem przez wiele lat i wciąż jestem dość dobry. Oczywiście jak się wyśpię, ale z moimi dzieciakami to nie możliwe – próbował rozluźnić atmosferę, a Andrew fuknął po nosem na jego słowa. Zwróciło to uwagę młodszego.
- Exy jest głupie, fakt, że tyle osób w naszym domu ma na tym punkcie świra jest niepokojący – mruknął. Ojciec postanowił nie komentować, że bardzo często to on stawał na bramce w ich ogrodzie kiedy Kevin go o to prosił wystarczająco mocno i miał lepszy dzień.
- Na jakiej pozycji grasz? – zapytał, chyba nie usłyszał wcześniejszego ostrzeżenia Ellie o tym, że chłopiec nie rozmawiał z nikim.
- Obrońca – usłyszeli cichy głosik i kobieta spojrzała zszokowana na Davida, który podobnie jak ona był zaskoczony. Nie wiedział czym bardziej. Tym, ze Neil się odezwał czy tym, że namówił go do tego jego najbardziej małomówny syn.
- Kevin jest napastnikiem – powiedział. – Seth też kiedyś był, ale zrezygnował. Dan gra jako rozgrywająca, ale ma przerwę, a Nicky i Aaron też grają na obronie.
- Napastnicy są fajni – ponownie odezwał się młodszy.
- Napastnicy lubią atencje – stwierdził i obejrzał się czy jeszcze bezpiecznie po czym usiadł niedaleko nowego kolegi.
Końcowo David odsunął się z Ellie w kat pokoju pozwalając im cicho rozmawiać, nie ingerując. Czasami słyszał tylko jak z ust Andrew padają imiona reszty dzieciaków lub jego własne.
Po tym jak obaj milczeli przez dłuższą chwilę wrócił na swoje miejsce i sam zaczął mówić. Starał się opowiadać jakieś śmieszne sytuacje w jakie się pakowali, jak w wolne dni grali wspólnie w Exy na ogrodzie.
Kiedy wyszli z budynku po pożegnaniu z Neilem i wsiedli do samochodu żeby pojechać po Aarona i Renee zapytał syna:
- Co o nim myślisz?
- Nie jest najgorszy, dziwny, ale nie bardziej niż my wszyscy – zaśmiał się na te słowa i resztę drogi spędzili w ciszy. Renee opowiadała mu cicho co się działo w szkole, Aaron zamknął oczy i już wiedział, że będzie musiał go zanieść do domu.
Kiedy weszli do środka była tam już Abby, w salonie siedziały dziewczyny i Nicky. Nie widział tylko Setha i Matta tyle, że ten drugi był na treningu.
Przywitał się z kobietą, i pokazał jej, że opowie o wszystkim później gdy dzieciaki już zajmą się sobą.
- Betsy chce jutro z tobą porozmawiać po wizycie Setha jeśli masz czas, zostanę z dzieciakami – powiedziała cicho, a on westchnął.
Chapter Text
Wymack
W domu panował chaos.
Nicky biegał po ogrodzie z Kevinem grając w dwuosobową imitację Exy.
Matt i Dan wymknęli się na spacer z samego rana, nie powiedzieli gdzie idą, ale byli jednymi z jego najbardziej odpowiedzialnych dzieciaków, więc kazał im jedynie wrócić przez jego wyjściem z domu.
Aaron od rana się buntował, był obrażony na cały świat i denerwował każdego na tyle, że końcowo David pozwolił mu usiąść na kanapie i włączyć bajkę.
Renee i Allison zajmowały się na szczęście sobą, siedziały w pokoju i były względnie cicho. Ostatnio młodsza zaczęła robić origami i wyjątkowo udało się jej zainteresować tym starszą.
Andrew był cichy, ale z samego rana powiedział, że chce być sam. Nie miał zamiaru mu w takiej sytuacji przeszkadzać.
Został jeszcze Seth, który nie spał pół nocy i wyjątkowo mocno protestował przed pójściem do Betsy. Często im odpuszczał, ale tym razem pozwolił sobie na wykorzystanie autorytetu i to wystarczająco zmotywowało go do wstania z łóżka i ubrania się.
- Jesteś pewna, że chcesz z nimi dzisiaj zostać? – zapytał próbując ignorować krzyki Kevina z dworu.
- Już i tak powiedziałeś Sethowi, że jedziesz z nim. To nic czego bym nie znała – odpowiedziała i uśmiechnięta wycinała gwiazdki z ogórka i papryki dla Aarona.
David był niemal pewny, że jeśli naprawdę z nimi zamieszka to jej motywacja do tego zniknie tak szybko, że nie zdąży mrugnąć. Opiekowanie się dziewiątką (a jak dobrze pójdzie wkrótce dziesiątką) dzieciaków to było życie złożone z kawy, leków uspokajających i ziółek.
Westchnął i nie dyskutował z nią dłużej, kiedy Dan i Matt wrócili zawołał Setha i poszli do auta.
Jechali bez słowa, a kiedy już chłopak zniknął w gabinecie z Betsy pozwolił sobie odetchnąć i rozkoszować się chwilą ciszy. Ta poczekalnia stała się jedynym miejscem w którym mógł spokojnie pomyśleć, bez hałasu i obowiązków.
Zastanawiał się co go podkusiło żeby decydować się na tyle dzieci i kto dał mu na to pozwolenie. W dodatku z własnej woli planował adopcję kolejnego dzieciaka. Pocieszała go jedynie myśl, że jeszcze trochę i zostanie w domu sam. W ciszy, bez kłótni i rzucania w siebie jedzeniem w trakcie obiadu.
Kiedy syn wyszedł z gabinetu, David nie zdawał sobie sprawę, że minęła już godzina. Chwilę podrzemał, poczytał gazetę i skupiał się na własnych myślach.
- Masz wejść – powiedział jedynie i zajął jego miejsce, wyciągnął telefon z kieszeni i skupił się na ekranie.
Wszedł i przywitała go Bee.
- David! Dziękuję, że przyjechałeś – uśmiechnęła się ciepło i pokazała mu żeby usiadł obok niej na kanapie.
- Co tam? Coś się stało?
- Chciałam porozmawiać o Sethcie i jego terapii.
Spodziewał się wszystkiego, ale nie jej następnych słów. Był przyzwyczajony do słyszenia od niej, że z jego dzieciakami jest źle.
- Uważam, że powinniśmy zmienić mu terapeutę.
- Słucham? – zapytał zaskoczony i wpatrywał się w przyjaciółkę.
- Wiesz, że jestem blisko z twoimi dzieciakami i uwielbiam to, ale uważam, że on potrzebuje kogoś kto podejdzie do jego problemów bardziej neutralnie. Łatwiej będzie mu się otworzyć ze świadomością, że reszta jego rodzeństwa nie chodzi do tego samego psychiatry.
- Ale on ci ufa, ile czasu minie za nim zaufa następnej osobie?
- Potrzebuje kogoś kto go prawidłowo zdiagnozuje, to nie jestem ja David. Ale pomogę ci znaleźć najlepszą osobę, która będzie mogła mu pomóc – obiecała.
- Jak myślisz o co chodzi?
- Jest zbyt wcześnie żeby go diagnozować i jak mówiłam, nie czuję się do tego odpowiednia, więc pozwól popracować nad tym kogoś innego. Prawidłowa diagnoza może mu pomóc.
Milczał przez chwilę po czym stwierdził:
- Wyślij mi polecanych psychiatrów i uzgodnię to z nim.
- Już mu powiedziałam co o tym myślę, nie protestował, więc powinno być w porządku – uśmiechnęła się pocieszająco.
Kiedy ich rozmowa się skończyła wziął jeszcze dwa wdechy i wyszedł z gabinetu. Pomachał do Setha żeby mogli wrócić do domu i w trakcie jazdy w końcu wypuścił wstrzymywane powietrze.
- Co powiesz na fast fooda młody? – zapytał i widział jak kącik jego ust się delikatnie podnosi.
Nie obchodziło go, że jest członkiem kadry reprezentacji narodowej. Ma zamiar napchać się niezdrowym jedzeniem ze swoim synem i nikt go nie powstrzyma.
Musiały minąć dwa tygodnie kiedy w końcu Davidowi udało się zostać sam na sam z najstarszym synem.
Seth był właśnie u nowej psychiatry w towarzystwie Bee, która od razu obiecała mu, że pojedzie z nim na pierwszą wizytę.
Kevin miał trening w związku z meczem, który jego drużyna miała zagrać w przyszłym tygodniu. Towarzyszyli mu Andrew, Aaron i Nicky. Był w szoku, że drugi z bliźniaków też chciał iść. Mimo, że lubił grać w Exy hobbistycznie to nigdy nie decydował się na zostawanie na treningi.
Dan miała własny trening. Allison kończyła lekcje później, a Renee była u koleżanki żeby zrobić projekt na zajęcia.
Takim sposobem siedzieli z Mattem na kanapie i oglądali mecz w telewizji.
- Słuchaj dzieciaku, chciałem z tobą pogadać.
- Co tam? – przestał jeść ciastka, które położył sobie na brzuchu. Był w pozycji pół leżącej i jeszcze czwórkę dzieci wcześniej zwróciłby mu uwagę, że to głupie, ale olał to.
- Przeprowadzałem z tobą tą rozmowę już tyle razy, że pewnie dla ciebie to żadna nowość. Myślę o adopcji kolejnego dzieciaka – chłopak uśmiechnął się zwycięsko.
- Założyłem się z Dan, że coś kombinujesz! Dzięki tato – wywrócił oczy na jego słowa.
- Chcę poznać twoją opinię gówniarzu – przypomniał mu.
- Przecież wiesz, że nie mam nic przeciwko. Zgadzałem się na każdego dzieciaka, którego chciałeś wziąć. Zresztą to twoja decyzja, tylko nie wiem jak masz zamiar go tu zmieścić. Ja do swojego pokoju go nie przygarnę nie ma opcji. – przerwał i po chwili namysłu dodał. – Setha też nie.
- Nigdy nie kazałbym ci mieszkać z nim w jednym pokoju, lubię jak ten dom stoi w jednym kawałku – mruknął.
- Wciąż nie wyjaśnia to, gdzie masz zamiar zmieścić kolejnego dzieciaka.
- Żeby zezwolili mi na adopcję potrzebujemy większego domu i zacząłem już szukać. Na razie chcę powoli was wszystkich informować o sytuacji i zapoznać się z waszą opinią. Szczególnie starszaków.
- Dziękuję, że dajesz nam poczucie, że nasze zdanie coś znaczy – odpowiedział sarkastycznie
- Doceniaj, że masz chociaż tyle. Mogłem wam przywieźć nowego dzieciaka do domu bez uprzedzenia – oboje wiedzieli, że by tego nie zrobił, ale chwilowe przerażenie na twarzy Matta było bezcenne.
- Pokaż lepiej ten dom i opowiedz o tym dzieciaku. Powiedziałeś już Andrew?
- Andrew był ze mną żeby go poznać. Wyjątkowo się polubili i zaakceptował sytuację. Seth podobnie, a to ich reakcji się najbardziej obawiałem. Właściwie mogę już przejść do oglądania domów – powiedział i wziął laptopa żeby pokazać je synowi.
Przeglądał je z zainteresowaniem. Nie było ich szczególnie dużo przez jak dużo miejsca potrzebowali.
- Ten wygląda fajnie – pokazał mu swój wybór. – Ale jadę na oglądanie z tobą.
- Nie śmiałbym inaczej – obiecał żartobliwym tonem.
Matt wyglądał na zadowolonego i wrócił do swojej poprzedniej pozycji. Odłożył ciastka na stolik.
- Jak się nazywa ten dzieciak?
- Neil – odpowiedział z uśmiechem.
Notes:
Uważam, że Aaron docenił by gwiazdki z warzywek xd
Chapter Text
Wymack
Telefon ze szkoły nigdy nie był dobrym znakiem. Już dawno ustawił sobie specjalny dzwonek na połączenia ze szkół dzieciaków. Przed wzięciem go do rąk zrobił w głowie szybki zakład o które dziecko chodzi tym razem.
Najbardziej prawdopodobną opcją jest Andrew lub Seth, ale równie dobrze mogło chodzić o Nicky’ego, który wpakował się w jakiś problem przez swoją nadpobudliwość. W ostateczności mogło chodzić o Matta, który złapał jakąś kontuzję na treningu, ale było zbyt wcześnie.
Wziął telefon i zobaczył numer szkoły trójki najmłodszych dzieciaków.
„Czyli jednak Andrew” pomyślał i odebrał.
- Dzień dobry panie Wymack. Przepraszam, że przeszkadzam, ale sprawa jest poważna – usłyszał głos dyrektorki. – W wyniku wypadku na treningu chłopców Kevin złamał rękę.
David wstrzymał oddech i już zbierał swoje rzeczy. Gdyby chodziło o jakąś pierdołę, kazałby im się tym zająć, ale jego synowi stała się krzywda fizyczna i nie mógł tego tak zostawić.
- Co się stało? – zapytał wychodząc z biura. Szedł już do Emily, że poprosić ją o poinformowanie innych o tym, że musiał wyjść wcześniej.
- Kevin upadł na treningu i zakomunikował trenerowi, że boli go ręka. Wysłaliśmy go do pielęgniarki, która stwierdziła złamanie, więc zadzwoniliśmy po karetkę. Są tutaj, ale uważam, że powinien pan pojechać z synem do szpitala.
- Oczywiście, zaraz będę – poinformował kobietę.
W drodze do auta zdążył jeszcze zadzwonić do Abby i Betsy i poprosić je o pomoc z resztą dzieciaków. Nie miał pojęcia ile zajmie im pobyt w szpitalu, a nie chciał narażać reszty na stres. To byłoby jak lawina, a wystarczy mu, że jedno jego dziecko cierpi.
Napisał krótkiego SMS-a do Matta z prośbą żeby zwolnił się z treningu i to on odebrał Dan i Allison ze szkoły.
Kobiety powiedziały mu, że zajmą się resztą dzieciaków. Odetchnął z myślą, że reszta jest bezpieczna i pojechał do Kevina.
Kiedy wszedł do środka i zobaczył swojego zapłakanego syna pękło mu serce. Żartował czasami, że wywrotki są częścią życia gracza i bez nich to nie prawdziwa gra, ale nie chodziło mu o prawdziwą krzywdę.
- Aaron i Andrew zostaną odebrani po zakończeniu ich zajęć – wspomniał dyrektorce i po upewnieniu się do którego szpitala zabierają jego syna pojechał za nimi samochodem.
Na szczęście uspokoił się na tyle, że mógł go zostawić na chwilę samego.
Trzymał go za rękę kiedy przechodził wszystkie badania, a kiedy nie mógł być przy nim bezpośrednio starał się być w zasięgu jego wzroku.
- Uszkodzenie jest dość poważne, ale na szczęście nie doszło do przemieszczenia kości. Założymy gips i powinno być w porządku – poinformował go lekarz. – Ale przerwa od treningów będzie co najmniej dwumiesięczna.
Mina Kevina ponownie zrzedła, ale nie odezwał się słowem. Wiedział, że odziedziczył miłość do Exy po matce i nie łatwo będzie go trzymać od boiska przez ten czas.
Humor poprawił mu się dopiero kiedy lekarz powiedział o tym, że po wysuszonym gipsie można pisać i będzie mógł zbierać na nim rysunku. Domyślał się, że dzieciaki zadbają żeby był on cały ozdobiony kolorowymi obrazkami i podpisami.
Pomógł synowi wsiąść do auta, który udawał, że nie cieszy się z naklejki, którą dostał od pielęgniarki, która zakładała mu gips.
Kiedy weszli do domu wszyscy czekali już w salonie. Był nawet Andrew i Seth co było zaskakujące patrząc na to, że większość czasu spędzali we własnych pokojach.
Pierwszą osobą, która podeszła do Kevina była Abby, objęła chłopca i głaskała go po włosach kiedy on odpoczywał w jej ramionach. Obok niej stanęła Allison.
- Jak się czujesz skarbie? – zapytała go. On jedynie pokiwał głową, ale David widział, że złapał ją za rękę tak aby reszta tego nie zauważyła.
Nie dało mu się to bo Dan i Matt uśmiechnęli się na ten widok. Na szczęście byli na tyle mądrzy żeby o tym nie wspominać.
Kiedy w końcu kobieta puściła Kevina i pozwoliła mu dołączyć do reszty dzieciaków, którzy na szczęście nie dokuczali mu i nie wspominali o kontuzji, poszli razem do kuchni. Upewnił się tylko, że jest bezpieczny. Starsze dzieciaki zajmowały się nim i opowiadali jakieś głupoty. Renee siedziała obok bliźniaków pilnując żeby czasem nie przyszło im coś głupiego do głowy. Przynajmniej tak to wyglądało.
- Wiesz co? – zwrócił się do Abby. – Chyba muszę się najebać.
Spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Masz pod opieką dziewiątkę dzieci w tym jedno ze złamaną rękę, nie możesz się upić.
- Wiem – westchnął. – Co nie zmienia, że mam na to ochotę.
- Nie możesz David, pamiętaj, że bierzesz pod swój dach kolejne dziecko.
- Dobrze, że jesteś moim głosem rozsądku, nie wiedziałem, że jestem aż tak głupi – mruknął sarkastycznie.
- Nie jesteś głupi tylko niedojrzały – poprawiła go. – Po za tym jutro masz jechać obejrzeć dom z Mattem, więc odbiorę dzieciaki ze szkoły.
- Co ja bym bez ciebie zrobił?
- Prawdopodobnie skończył w szpitalu psychiatrycznym, ale uznam to za komplement. Jesteśmy rodziną – uśmiechnęła się do mężczyzny. Zaczęła przygotowywać jedzenie dla Kevina.
Wieczorem zrobił swój codzienny spacer po pokojach dzieciaków upewniając się, że wszyscy żyją i są gotowi na następny dzień. Uzgodnił z Mattem, że będzie po niego zaraz po tym jak skończy lekcje i pojadą zobaczyć dom.
Na końcu wszedł do pokoju Andrew i Kevina, ale nie zdziwiło go to, że drugiego z chłopców tam nie było. Znalazł go oczywiście we własnej sypialni, już leżącego pod kołdrą ojca.
- Mogę zostać? – zapytał cicho. Wymack na to pokiwał tylko głową z westchnięciem. Otrzymał za to szeroki uśmiech. Uprzedził go, że sam idzie się przygotować do spania i zostawił go.
Kiedy już oboje leżeli w łóżku chłopiec do niego podpełzł i położył głowę na jego brzuchu. Rzadko kiedy to robił, zazwyczaj kiedy przypominał mu się czas mieszkania u Moriyamów. Dalej był niepewny w ich interakcjach i potrzebował częstych zapewnień, że tata dalej go kocha i go tutaj chce.
- Wrócę do gry tato?
- Na pewno, zrobisz sobie przerwę, pozwolisz kości się zrosnąć i wrócisz jeszcze silniejszy – pogłaskał go po plecach.
- A co jeśli coś pójdzie nie tak?
- Masz poprawnie założony gips, reszta wie, że ma na ciebie uważać. Wszystko będzie w porządku synu.
Oddech Kevina, który był przyśpieszony w końcu się unormował i zamknął oczy.
- Wiem o tym nowym chłopcu, wiem też, że dalej będziesz mnie kochał tato. Ja ciebie też kocham – powiedział już na wpół śpiący.
W takich momentach David doceniał bycie rodzicem, każde poświęcenie, każe pieniądze, które na to poświęcił. Jednak jeśli ktoś go o to zapyta oczywiście, że powie, że go to nie rusza.
Następnego dnia rano kiedy wszyscy szykowali się do szkoły nie trudno było zauważyć, że Aaron jest szczególnie zainteresowany Kevinem. Patrzył na jego gips i już wiedział, że kiedy tylko jego rodzeństwo zniknie z zasięgu wzroku wypyta go o wszystko.
Na razie skupiał się na starszym i rozmawiał z nim cicho ku niezadowoleniu Andrew. Miał jedynie nadzieje, że bliźniaki nie pokłócą się przed wyjściem bo na krzyku się to nie skończy, a on miał już dość szpitali.
I jak przewidział kiedy odwiózł ostatnich chłopców pod szkołę Aaron został w aucie i zwrócił się cicho do taty.
- Co się dokładnie stało z ręką Keva?
- Z chęcią ci opowiem jego kartę medyczną, ale nie kosztem lekcji. Porozmawiamy po szkole – zaśmiał się na grymas na jego twarzy. Szczególnie na jego pulchnych policzkach było widać niezadowolenie.
- Ale Abby odbiera nas ze szkoły nie ty, próbujesz mnie zlać?
- Nie, ale nie chcę żebyś ominął lekcję. Wrócę do domu po was, ale wrócę i zabiorę cię gdzies żebyśmy pogadali, umowa? – wyciągnął do niego rękę żeby mógł przybić piątkę jeśli się zgadza.
Poczuł mniejszą dłoń na własnej i wkrótce wyszedł z samochodu z swoim plecakiem.
Najwyraźniej popołudnie spędzi na omawianiu karty medycznej Kevina, ale jakby mógł odmówić własnemu synowi. Westchnął na własną głupotę i pojechał do pracy.
Notes:
Aaron mini lekarz to mój ulubiony lekarz. Z dedykacją do dziewczyn, które były motywacją do wprowadzenia tego wątku!
Chapter Text
Wymack
Kiedy podjechał pod szkołę Matta ten już czekał i z uśmiechem wskoczył na miejsce pasażera. Było tam dużo śmieci zostawionych przez Andrew gdyż to on zazwyczaj jeździł na tym miejscu. Niosło za sobą najmniejsze ryzyko, że ktoś go przypadkiem dotknie i skończy z siniakiem pod okiem.
- Jestem podekscytowany – przyznał chłopak. – Nawet jakbyś nie chciał brać nowego dzieciaka większy dom brzmi jak marzenie. Może w końcu nie musiałbym słuchać jak Nicky śpiewa we własnym pokoju.
- Jak mnie wkurzysz specjalnie dostaniesz pokój obok Nicky’ego bez względu na to czy będziemy mieszkać w wilii z basen czy w małej klitce.
- Tak właśnie doceniasz własne dzieci, dzięki tato – mruknął sarkastycznie.
W trakcie jazdy Matt korzystał z bycia z ojcem sam na sam i opowiadał mu o treningach, o głupiej matematyczce i żarcie, który zrobili jego koledzy.
- Zrobiliśmy zakład – przyznał w końcu i Wymack miał ochotę wywrócić oczami. Wychowywał małych hazardzistów. Miał jedynie nadzieję, że nie wciągają w to jeszcze bliźniaków.
- O co ty razem?
- O to kogo polubi nowy dzieciak. Ja postawiłem na Kevina. Andrew mówił, że uwielbia akcji, a nie ma w tym domu nikogo po za tobą bardziej uzależnionego od Exy. Dan stawia na Andrew, a Nicky na Renee.
- Powiedz tylko, że bliźniaki biorą w tym udział i przysięgam, że nie zobaczysz konsoli przez najbliższy miesiąc.
- Spokojnie tatku, oni są wyłączeni. Kevin też, dopuściliśmy tylko Renee. Postawiła na mnie, ale Allison stwierdziła, że to prosta droga do straty pieniędzy – udawał oburzenie.
- Tylko nie wywierać mi na niego presji bo mi dziecko zabiorą – zażartował.
Podjechali pod dom i od razu usłyszał gwizd syna. Owszem, dom był ogromny i dość tani patrząc na metraż.
Obok stał inny dom, żółty a na ogrodzie było widać mnóstwo krzaczków i innych sadzonek. Truskawki, pomidory, marchewki i nawet jabłoń w rogu. David nie wiedział kto tam mieszka, ale musi mieć zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu. Lub po prostu nie ma dzieci, jest to nawet bardziej prawdopodobne.
Wysiedli z auta i poszli przywitać się z właścicielem. Uśmiechnął się do nich i uścisnął obu dłonie.
Dom miał parter, piętro i strych, który w razie potrzeby można było również przerobić na sypialnie.
Zaraz po wejściu do domu w holu znajdowała się garderoba i wnęka będąca miejscem na szafkę lub komodę. Dalej wchodziło się do salonu, który był połączony z kuchnią. Jadalnia była w osobnym, małym pomieszczeniu z ogromnym stołem będącym w stanie zmieścić aż 14 osób.
„Wystarczająco dla ich rodziny jeśli przyjedzie jeszcze Betsy” – pomyślał Wymack.
W salonie znajdował się narożnik, ale właściciel od razu wspomniał, że można bez problemu go wymienić. Po za tym dwie łazienki tylko na dole, następne dwie na pierwszym piętrze. Na parterze znajdowały się trzy sypialnie, u góry pięć. Mógł jeszcze pomyśleć nad rozmieszczeniem dzieciaków, ale osiem sypialni powinno im w zupełności wystarczyć biorąc pod uwagę, że aktualnie mieścili się w sześciu.
Miejsca na ogrodzie również było mnóstwo, bez problemu zmieści się stół lub nawet basen.
Kiedy właściciel o tym wspomniał Matt prawie zadławił się powietrzem.
- Proszę pana, doceniam, ale jestem ojcem dziewiątki, prawie dziesiątki dzieci. Basen w ogrodzie brzmi jak wizytówka do szpitala.
- Widzę, że ma pan sporą gromadkę. Rozumiem w takim razie, mogę panów na chwilę zostawić samych żeby jeszcze się rozejrzeć – zaproponował i sam wyszedł z domu.
David i Matt zostali na ogrodzie, widać było, że chłopak jest niezwykle zadowolony z tego, że został nazwany „panem”.
„Ciekawe jak szybko zacznie żałować” – pomyślał mężczyzna.
Skanował przestrzeń wokół nich. Dom był można by rzec idealny, znalazł jeszcze dwa inne i tak miał umówione wizyty, ale jak na razie ten wydawał się najbardziej odpowiednią opcją.
- Myślisz, że udałoby nam się wprowadzić szybko? – zapytał ojca.
- Nie dadzą nam Neila za nim nie będziemy mieli większego domu, więc owszem. Chciałbym przeprowadzić się przed tym jak Seth będzie zaczynał nową szkołę.
Usłyszeli, że drzwi tarasowe w domu obok się rozsuwają. Przez niską siatkę widzieli jak jakiś mężczyzna wychodzi z domu. Miał ciemne włosy przez które przebijały się siwe pasma oraz zadbany zarost.
- Oh dzień dobry, to pan przyszedł oglądać dom? – przywitał się z nimi i podszedł do płotu.
- Zgadza się – odparł Wymack.
- James Rhemann, jak mam być szczery mogę panu serdecznie polecić okolicę. Jest spokojnie i cicho, ale jest dobrze skomunikowana.
- Jakbyśmy się tu wprowadzili już by nie było tak cicho – mruknął pod nosem Matt.
- David Wymack, na razie tylko oglądamy, to mój syn – wskazał na chłopaka.
- O czyli pan też ma dzieci! – uśmiechnął się serdecznie mężczyzna, czyli jednak się mylił i osoba mieszkająca obok miała dzieci. Skąd brał czas na zajmowanie się ogrodem już nie wiedział. – Moje dzieciaki wprowadziły tu trochę chaosu kiedy się wprowadziliśmy, ale wszystko w graniach rozsądku.
- Ile ma pan dzieci? – zapytał ciekawsko chłopak, David uderzył go w bok, a on syknął.
- Oh, od niedawna dziewiątkę. Prawdopodobnie są trochę młodsi od ciebie.
David był w szoku. Po pierwsze jak bardzo musiała wycierpieć kobieta, która urodziła aż dziewiątkę dzieci, po drugie skąd mieli czas na zajmowanie się ogrodem.
W odpowiedzi na ich zaskoczone miny Rhemann się zaśmiał.
- Uwielbiam zajmować się dziećmi, które potrzebują w życiu trochę miłości. To moje adopcyjne dzieciaki, ale kocham je jak własne – wyjaśnił.
- To jak ty tato – odezwał się ponownie Matt. – Mam ósemkę rodzeństwa – wyjaśnił.
- Milo poznać kogoś z podobnym doświadczeniem, mam nadzieję, że poznamy się lepiej jeśli zdecyduje się pan na kupno. Nasze drzwi będą otwarte, zapraszam. A teraz wybaczcie, muszę zająć się w końcu moimi marchewkami – pożegnał się i odszedł do innej części ogrodu.
Kiedy w końcu opuścili dom i wsiedli do auta chłopak stwierdził.
- Tato ten człowiek był naćpany czy coś?
- Ja żeby zajmować się wami i jeszcze ogrodem na pewno bym musiał – mruknął i odpalił.
Jeszcze dwa razy przemyśli czy chce tu mieszkać.
Kiedy wrócili do domu Matt od razu zniknął na tarasie gdzie znajdowała się Dan, Renee i ku szokowi Wymacka również Seth.
Kevin siedział z Andrew przed telewizorem i oboje zajadali się lodami. Przypomniał sobie jeszcze raz o mężczyźnie od marchewek i machnął na to ręką.
Okazało się, że Nicky również był na ogrodzie i grał w koszykówkę piłką najstarszego.
Brakowało tylko Aarona i Allison. Dziewczynę znalazł w pokoju gdzie próbowała nałożyć cienie do powiek i wygoniła go żeby nie przeszkadzał.
Za to Aarona znalazł w towarzystwie Abby. Chłopiec siedział na jej kolanach, ale kiedy podszedł bliżej mógł zauważyć, że ma na sobie zabawkowy stetoskop i „osłuchuje” nim kobietę.
Oczywiście, że zamknął się z nią w pokoju żeby reszta go nie zauważyła. Dla większości zabawa była już wstydliwa i woleli inne rozrywki. Często zapominali, że bliźniaki mieli dopiero po 9 lat i naturalnie mieli prawo jeszcze chcieć się bawić. Naturalnym było, że Andrew do tego nie ciągnęło. Przeżył zbyt dużo w zbyt młodym wieku i musiał zbyt szybko dorosnąć. Ale fakt, że Aaron dalej wyrażał chęć do zabawy była przeurocza.
- O widzisz tata przyszedł. Możesz go osłuchać. Może coś znajdziesz – oczywiście musiała mu dopiec, że kiedyś nałogowo wypalał około ośmiu papierosów dziennie. Przestał po adopcji Setha i chociaż czasami dalej tęsknił za tytoniem to nie miał zamiaru truć dzieciaków.
Wyglądał na zawstydzonego, ale w końcu kazał Davidowi usiąść na podłodze i zaczął go osłuchiwać. Akurat w tym momencie zadrapało go w gardle i musiał kaszlnąć co Abby podsumowała wrednym:
- Kaszel palacza.
Końcowo okazało się, że to ona przedstawiła chłopcu kartę medyczną Kevina, więc nie musiał już się z tym męczyć.
Kiedy jego syn stwierdził, że skończył badanie mógł zejść do kuchni i upewnić się, że reszta dzieci jest w jednym kawałku. Oczywiście z wyjątkiem jednego, który chyba wystarczająco pocieszył się lodami, a Andrew z przyjemnością z tego korzystał.
Zajął się przygotowaniem kolacji i napisał szybkie wiadomości do dwóch pozostałych właścicieli umawiając się z nimi na oglądanie domów. Jak się pośpieszy to może już niedługo do tego obrazka dołączy kolejny dzieciak. I kolejne siwe włosy na jego głowie.
Notes:
Z dedykacją dla Julki, której pomysłem była scena gdzie Aaron bawi się stetoskopem. Dziękuję za pomysł!
Chapter 8: Rozdział 8
Chapter Text
Rhemann
Poranki były ulubioną porą dnia Jamesa Rhemanna. Wstawał na tyle wcześnie żeby przygotować swoim dzieciakom śniadanie. Kiedy wstawali czekało już na nich na stole. Tak przynajmniej było do czasu adopcji Jeana.
Wcześniej, głównie dzięki pomocy najstarszych synów miał wystarczająco dużo czasu żeby zrobić wszystko, zarówno przygotować śniadanie, pojemniki z przekąskami, torby na zajęcia wszystkich dzieci oraz nawet zadbać o ogród gdy ogarniali się do szkoły. Później zawoził ich na zajęcia i sam jechał do pracy.
Od kiedy w ich życiu pojawił się Jean Moreau, musiał zmienić swoją rutynę.
Kiedy parę miesięcy wcześniej dostał telefon od starego znajomego, który pomagał mu przy adopcji Lucasa i poprosił go o pomoc w szybkim znalezieniu domu dla francuskiego chłopca, który został zabrany z rodziny zastępczej przez silne zaniedbania, nie mógł odmówić. Jeśli jakieś dziecko potrzebowało pomocy to był więcej niż chętny, że mu ją zapewnić.
Nie zmieniało to faktu, że Jean był bardziej skomplikowanym i wymagającym dzieciakiem niż reszta. Nie pomagał też fakt, że jego najmłodszy syn szczególnie go nie lubił.
Aktualnie poranki spędzał na rozmowach z francuskim chłopcem. Zazwyczaj wybudzał się z koszmarów, ale potrzebował sporo czasu żeby w końcu wydusić z siebie co konkretnie mu się śniło. Czasami James siedział z nim w ciszy i oboje się do siebie nie odzywali, nauczył się nie pytać „czy się dobrze czuje” ani „co mu się śniło”. Kiedy czuł potrzebę sam mu to mówił.
Jednak to, że z rana to on go najbardziej potrzebował zabierał mu mnóstwo czasu. Musiał poprosić resztę dzieci żeby same przygotowywały sobie plecaki do szkoły dzień wcześniej żeby zaoszczędzić wystarczająco dużo czasu. To był kolejny powód dlaczego Lucas nie znosił nowego brata.
Na szczęście najstarsi synowie wspólnie pomagali mu i to oni przygotowywali torby dla młodszych.
Tego poranka, zaraz po postawieniu ostatniego talerza z goframi na stole poszedł do pokoju, który Jean dzielił z Jeremym. Po drodze minął Cat i Laile, które wspólnie myły zęby w łazience oraz Cody, który właśnie siedział na łóżku Ananyi i o czymś jej opowiadał.
- Śniadanie jest na stole, specjalnie dla Pata zrobiłem trochę bekonu do gofrów, przekażcie mu proszę – uśmiechnął się do nich i zostawił na ich głowach bo szybkim buziaku.
Upewnił się jeszcze, że Lucas się obudził, zmotywował go do wstania wizją jedzenia na dole i w końcu dotarł do ostatniego pokoju. Drzwi były ozdobione uśmiechniętymi słoneczkami z papieru, które przykleił Jeremy parę lat temu, teraz wśród nich znajdowały się również księżyce. Według chłopaka miały one nawiązywać do Jeana i pokazywać, że to również jego pokój.
Zapukał spokojnie i wszedł. Znalazł ich siedzących na łóżku młodszego. Starszy coś opowiadał intensywnie gestykulując rękami. Gdy zobaczył ojca w drzwiach zamilkł i uśmiechnął się do niego.
- Cześć tato!
- Cześć słoneczko – odpowiedział, kiedy Jeremy wstał, zajął miejsce obok Jeana, który dalej był owinięty kocykiem. – Cześć Jean, jak spałeś?
Uwielbiał używać przezwisk, każde z dzieci miało własne, ale nie chciał odstraszyć chłopca. Będzie musiał powoli go przyzwyczaić i może kiedyś w końcu będzie mógł wymyśleć idealne.
- W porządku – podstawowa odpowiedź na każde pytanie.
- Jesteś głodny? Przygotowałem gofry, Cat mi powiedziała, że ostatnio smakowały ci brzoskwinię, mogę ją pokroić żebyś mógł je zjeść z nimi – zaproponował.
Mina chłopaka łamała mu serce, wzdrygnął się i spoglądał na niego jakby bał się, że James zaraz go okrzyczy.
- Bardzo się cieszę, że masz coś co ci smakuje i z chęcią dam ci tyle brzoskwiń ile będziesz chciał – zapewnił go.
Starszy syn wyszedł z pokoju gdy tylko usłyszał gofry i pobiegł na dół, prawdopodobnie żeby bić się z Cody o maliny, które oboje uwielbiali.
- Nie wolno mi jeść takich rzeczy – wyszeptał francuz. – Są niezdrowe.
W takich chwilach mimo, że uwielbiał medytację i był przeciwnikiem przemocy miał ochotę udać się do Tetsujiego Moriyamy, który wcześniej sprawował nad nim opiekę i mocno mu przywalić w twarz.
- Nie musisz się przejmować takimi rzeczami, to moim obowiązkiem jest zadbać o to żebyś dobrze i zdrowo się odżywiał – powiedział. – Na obiad będziemy jeść warzywa, więc możesz zjeść gofry, jeśli masz na nie ochotę.
Wyciągnął rękę żeby zobaczyć jego reakcję, w zależności od dnia Jean zgadzał się na dotyk lub nie. Można to było zauważyć po tym czy się wzdrygnie na wyciągniętą rękę. Nie lubił widzieć takiej reakcji chłopca, ale pytania jeszcze bardziej go peszyły i chociażby potrzebował przytulenia sam nigdy by o nie, nie poprosił.
Nie zareagował, więc Rhemann położył mu rękę na ramieniu i rysował uspokajające kółka.
- Czujesz się na tyle dobrze żeby iść dzisiaj do szkoły? Możemy zostać w domu jeśli potrzebujesz – zapytał. Nawet po najgorszych atakach paniki i płaczu, zawsze chciał iść do szkoły bo uważał, że to jego obowiązek, ale nigdy nie zapominał żeby zapytać.
- Mogę pójść do szkoły – przytaknął. Jego napięte ramiona delikatnie się rozluźniły przez gest mężczyzny.
- Dobrze, mogę przynieść ci śniadanie tutaj.
- Zaraz zejdę na dół – zaprzeczył Jean i odsunął się.
Nie kazał mu wyjść, więc został na łóżku i patrzył jak próbuje ściągnąć koszulkę z najwyższej półki mimo grymasu bólu na twarzy. Chciał już wstać i samodzielnie mu ją podać, ale wiedział, że on tego nie chce. Kiedy upewnił się, że chłopiec się ubrał i idzie do łazienki umyć zęby wrócił na dół.
Wszyscy siedzieli już nad swoimi talerzami zajadając się. Cat głośno komentowała to, że Pat je gofry z bekonem. Jeremy oddał Cody’emu ostatnie maliny w miseczce i sam sięgnął po mniej lubiane banany. Xavier skupiał się na telefonie zamiast na jedzeniu i zjadł ledwo pół gofra, więc James nałożył mu na talerz następnego.
- Zjedz coś Xav, masz dzisiaj trening – przypomniał mu i potargał mu włosy.
Jego wzrok przeniósł się na Lucasa, który siedział po drugiej stronie Cody’ego i zajadał się kremem czekoladowym. Podszedł do niego i wytarł mu buzię.
- Xavier woli skupiać się na swojej dziewczynie – powiedziała żartobliwie Laila, a wspomniany chłopak się zarumienił.
- Daj mi spokój! – krzyknął.
- Ktoś tu jest delikatny – wtrąciła się Cat i wycelowała w niego widelcem. – Bądź mężczyzną i zaproś ją na randkę.
Reszta nawet nie zauważyła kiedy do jadalni wszedł Jean i po cichu zajął miejsce obok Jeremy’ego, który samodzielnie przygotował mu miseczkę z kawałkami brzoskwini i mu ją podał.
- Omówmy nasz plan dnia! – ogłosił James, jak co ranka. Wolał mieć pewność, że wie o wszystkich planach swoich dzieciaków. – Xavier ma trening po lekcjach, więc wróci później. Cat wraca do domu z Lailą bo po lekcjach idą na bubble tea. Ananya i Pat idą na targ staroci po zajęciach. Ja odbieram ze szkoły Cody’ego, Lucasa i Jeana. Jeremy również ma trening. Czy w czymś się pomyliłem?
- Na pewno nie mogę iść z An i Patem? – dopytał Cody.
- Na pewno. Ostatnio im uciekłeś i Ananya się prawie popłakała, pójdziecie razem następnym razem, w porządku? – kiedy chłopiec pokiwał głową popatrzył na resztę.
Wtrącił się Jeremy:
- Rozmawiałem z Jeanem i chciałby zobaczyć jak gram w Exy, może dołączyłby do mnie na treningu? Zadzwonię jak się skończy i będziesz mógł nas odebrać.
Popatrzył nie pewnie na obu, ale w końcu przytaknął.
- W porządku, jeśli wszystko jest oczywiste to zapraszam do auta – powiedział do wszystkich z wyjątkiem Jeremy’ego i Xaviera. Kiedy wszyscy pobiegli po swoje plecaki upewnił się jeszcze, że najstarsza dwójka o niczym nie zapomniała.
- Powodzenia na treningach w takim razie, uważaj na Jeana – dodał. – Szukam mu terapeutki, ale na razie lepiej mieć go na oku.
- Jasne tato
- A i Xav, zaproś tą dziewczynę na randkę – uśmiechnął się do syna i poszedł do auta.
Chapter Text
Rhemann
Bycie trenerem Exy było spełnieniem marzeń dla Jamesa, uwielbiał ten sport chociaż nigdy nie był najlepszy jako zawodnik. Wymyślanie taktyki i pomaganiem innym w wydobyciu ich potencjału szło mu o wiele lepiej. Miał to szczęście, że był trenerem drużyny uniwersyteckiej, która w dodatku miała dwóch innych trenerów, więc w razie potrzeby mógł pojechać do swoich dzieciaków jeśli te go potrzebowały.
Zazwyczaj chodziło o nagłe choroby lub bóle brzucha, ale od czasu adopcji Jeana częściej dostawał telefony o niepokojących atakach paniki i lęku chłopca. Tego dnia jednak nie dostał ani jednego, nie wiedział czy tak na niego wpłynęła myśli późniejszego treningu z Jeremym czy to był dobry dzień, ale miał zamiar z tego korzystać.
Niedługo po skończeniu pracy podjechał jeszcze do ulubionej kawiarni jego dzieciaków i kupił dwa smoothie, malinowe dla Cody’ego oraz jabłkowo-marchewkowe dla Lucasa.
Czekał na synów pod szkołą.
Z zamyślenia wytrącił go krzyk starszego chłopca, który biegł w jego stronę.
- Hej tato! – za nim powoli podążał młodszy.
- Cześć skarby, mam coś dla was – otworzył drzwi auta i pokazał im kubki leżące na siedzeniu.
Cody szybko sięgnął po swój i z uśmiechem wsiadł do auta, Lucas zareagował mniej entuzjastycznie albo widział jak odpręża się po wypiciu łyku. Wsiedli do auta.
- Jeśli chcecie zrobić coś jeszcze przed powrotem do domu to mówcie, nie musimy się dzisiaj przejmować resztą, jesteśmy tylko we trójkę.
- Nie, nie dołączymy do An i Pata – dodał widząc minę syna.
- Nie szkodzi próbować – mruknął i wrócił do napoju.
- Nie przejmujemy się resztą do czasu aż Jean znowu nie będzie próbował zwrócić uwagi wszystkich – szepnął cicho, Rhemann ledwo usłyszał jego słowa, ale siedzący obok chłopiec słyszał go wyraźnie.
- Ej, to nie było miłe.
James odpiął pas i odwrócił się w ich stronę.
- Rozumiem, że sytuacja z Jeanem jest dla nas wszystkich nowa i nie musicie się czuć z tym komfortowo, to w porządku. On potrzebuje trochę wyrozumiałości, to wszystko jest dla niego nowe i ma prawo gorzej się czuć – wytłumaczył. – Jeśli potrzebujecie o tym porozmawiać to przyjdźcie do mnie, ale sprawiajcie mu przykrości specjalnie.
- On tylko chce atencji wszystkich, Jeremy nie zwraca uwagi na nikogo po za nim, jakoś wcześniej nie chciał z nikim dzielić pokoju, a nagle chce? Z jakimś dzieciakiem.
- Nie mów, że jesteś zazdrosny – zażartował Cody, ale spiął się na poważną minę Lucasa.
- Wiem, że byłeś ostatnim dzieciakiem którego adoptowałem przed Jeanem i to wszystko jest dla ciebie nowe. Wiemy tylko, że pochodzi z domu w którym źle go traktowali i potrzebuje czasu żeby zdradzić nam szczegóły. Jeremy sam postanowił, że przyjmie go do swojego pokoju żeby nie męczyć Xaviera i żeby nikt nie musiał mieć pokoju we trójkę.
- Jest tu już tyle czasu i jedyne co robi to zabiera twój czas! To niesprawiedliwe! Adi by tak nie robił! – krzyczał zdenerwowany.
Rhemann wziął głęboki wdech i położył dłoń na kolanie Lucasa.
- Wiem, że brakuje wam Adiego, mi też, niedługo do nas wróci, ale na razie musimy sobie radzić sami. Musimy dać Jeanowi to czego potrzebuje, a jeśli czujesz, że spędzamy razem zbyt mało czasu to możemy wymyślić coś tylko dla nas, co ty na to? – zaproponował i uśmiechnął się do najmłodszego syna.
- Dobrze – szepnął.
- Super! W takim razie wracajmy do domu i zrobimy coś fajnego, jeśli chcesz możemy też zadzwonić do Adiego.
- Opowiem mu jak Pat pobił się z tym chłopakiem – powiedział starszy, ale na zaciekawione spojrzenie ojca jedynie pokręcił głową. – Nic nie mówiłem!
- Pamiętajcie, że agresja nie jest dobrym rozwiązaniem, powinniście rozmawiać, nie rzucać się na kogoś z pięściami
- Sam pochwaliłeś Jeremy’ego po tym jak uderzył tego chłopaka, który nazwał Xaviera dziewczynką – przypomniał mu Cody.
- Ponieważ Xavier jest moim synem, nie córką i nie pozwolę nikomu nazywać go inaczej – wyjaśnił i w końcu odpalił samochód.
Chłopcy śmiali się pod nosem, wywrócił na to jedynie oczami i wrócili do domu.
-
Dzieciaki powoli wracały, pierwsze do domu weszły Laila i Cat, które były wyjątkowo zadowolone z własnego dnia. Druga dziewczyna szybko usiadła na kanapie obok Jamesa i opowiadała mu co się działo w trakcie dnia ze wszystkimi szczegółami.
Niedługo po nich wrócili również Ananya i Patrick, od razu poszli do młodszych chłopców, jedynie się z nim przywitali.
Następny był Xavier, który wrócił z uśmiechem na usta mówiąc, że udało mu się zaprosić dziewczynę na randkę i ona się zgodziła.
Mimo wszystko Rhemann najbardziej martwił się o Jeremy’ego i Jeana, a raczej o młodszego chłopca. Miał nadzieję, że wszystko jest w porządku.
Kiedy to oni w końcu przekroczyli próg domu instynktownie przeskanował całe ciało obu synów w poszukiwaniu nowych zadrapań lub siniaków.
Wysłał obu do kuchni gdzie na stole leżał już przygotowany obiad. Udawał, że nie słyszy narzekań pod nosem Pata, który nie był miłośnikiem warzyw i sam zajął się swoim talerzem.
Po posiłku każdy zajął się sobą, ale Jeremy został w kuchni dłużej i pomógł mu w sprzątaniu.
- Jak było? – zapytał go gdy wszyscy poszli już do swoich pokoi lub zająć się czymś.
- Uśmiechał się, dużo się uśmiechał. Trener pozwolił mu zagrać w jednej gierce i był zachwycony, reszta trochę mniej bo mimo, że jest od nas młodszy większość z nas przerasta – zaśmiał się. – Nauczycielka powiedziała, że mam ci przekazać “Jean zachowywał się dobrze, z nikim nie rozmawiał, ale wykonywał polecenia nauczycieli”.
- Dziękuję słońce - powiedział. Ogromnie doceniał zaangażowanie syna w pomoc nowemu chłopcu.
- Właściwie - rozejrzał się dookoła dla pewności. - Myślisz, że jeszcze się przed nami otworzy? Widać, że ma swoje traumy, ale nie chce z nikim o nich rozmawiać i zaczynam myśleć, że nigdy tego nie zrobi.
- Nie wiem słońce, też chce mu pomóc ale nie możemy zrobić nic wbrew temu czego on chce. Dajmy mu jeszcze trochę czasu, możesz próbować z nim rozmawiać, ale nie naciskaj za mocno - pouczył go. Wiedział, że jest na tyle odpowiedzialny żeby tego nie robić, ale wciąż lepiej było mu o tym przypomnieć patrząc jaka krucha była sytuacja Jeana.
- Oczywiście. Lucas dał ci popalić? - oparł się biodrem o blat i wziął kubek z kawą.
James nie był zachwycony z faktu, że ją uwielbia, wszystko było winą Adiego, który nauczył go ją pić i pokazał, która jest najlepsza. Często mu to wypominał, ale i tak nie mógł już z tym nic zrobić.
- Spróbuj pić wodę zamiast kawy, to jest naprawdę niezdrowe Jeremy.
Chłopak tylko wzruszył ramionami i zajął się swoim kubkiem w słoneczka.
- Ta dziewczyna z którą umówił się Xavier jest dla niego odpowiednia, prawda? Oczywiście ufam mu bezgranicznie, ale nie chcę żeby ktoś go zranił, przeżył już wystarczająco - wytłumaczył Rhemann. Chciałby zapewnić bezpieczeństwo każdemu ze swoich dzieci.
- Min jest bardzo miła, więc uważam, że będzie dobrze - odpowiedział. - Słyszałem jak Cody mówił An, że rozmawiał z Adim, dzwoniliście do niego?
- Lucas miał pewne wątpliwości dotyczące Jeana i o nim wspomniał, więc pomyślałem, że rozmowa mu pomoże - na jego twarzy malowała się czułość. - Chyba podziałało bo wydaje się dość zadowolony.
- Muszę iść się ogarnąć, ale pamiętaj tato, że dla nas jesteś więcej niż odpowiedni - uśmiechnął się do mężczyzny. Dopił kawę i pognał do pokoju na górze.
Nie potrafił powstrzymać szczęścia, które rozlało się w jego ciele, zmęczenie nie miało znaczenia kiedy jego dzieci w końcu były bezpieczne i zadowolone.
Notes:
Kochajmy Adiego
Chapter 10: Rozdział 10
Chapter Text
Wymack
Nic nie cieszyło Davida tak bardzo jak moment w którym złożył ostatni podpis w akcie notarialnym. Od kiedy wszystkie jego dzieci dowiedziały się o przeprowadzce musiał słuchać ich planów cały czas i dwa razy prawie wyrzucił Nicky’ego z pokoju. Nie miał jednak serce przerywać im ich zbyt ambitnych planów i marzeń, że zajmie im jeszcze trochę czasu zanim finalnie zamieszkają w tym domu. Ważne, że ostatecznie był ich, wyprowadzaniem dzieci z zbyt ambitnych marzeń i myśli, że jest miliarderem zajmie się później.
Razem z Abby jechali w stronę jej domu. Chciał się odezwać i jakoś omówić z nią to, że przecież kobieta zamieszka z nimi na stałe, ale nie wiedział jak zacząć.
- Cieszę się, że będę mogła spędzać z dzieciakami więcej czasu, Allison od dawna męczy mnie żebym nauczyła ją robić kreski - zaczęła.
- Jeśli jednak zmieniłaś zdanie to możesz mi powiedzieć, to nic złego. Znam moje potworki, potrafią zabrać ci ostatnie chęci do życia i wrzucić do ogniska.
- To są twoje dzieciaki, oczywiście, że ich uwielbiam. Są różni, ale to sprawia, że stworzyłeś tak wyjątkową rodzinę David - uśmiechnęła się do niego. - Nie waż się ich obrażać.
- Spróbuj wychowywać dziewiątkę dzieci na co dzień. Zapominam jak się nazywam, a wciąż coś się pierdoli.
- Dlatego będę z wami żeby ci pomóc - odpowiedziała Abby.
- Wiesz o czym mówię, o naszej relacji - wydusił w końcu z siebie Wymack.
- Kiedyś o tym porozmawiamy, w lepszych warunkach - powiedziała kobieta kiedy wyjechali na podjazd. Kiedy wysiadła z auta i pomachała mu, pojechał w stronę własnego domu.
Młodsze dzieciaki odebrała Betsy, a Seth i Matt zostali wyznaczeni do zadbania o to żeby wszystkie dziewczyny dotarły w jednym kawałku do domu. Kiedy początkowo usłyszał pomysł powierzenia ich Sethowi chciał wyśmiać Betsy, ledwo ufał chłopakowi z jego własnym bezpieczeństwem. Jednak z zewnątrz dom wyglądał na cały.
Kiedy weszli do środka musiał aż przeliczyć czy wszyscy się w nim znajdują.
Znalazł Matta z Nickym w ogrodzie gdzie starszy chłopak pokazywał młodszemu jak prawidłowo ma uderzać worek treningowy. Dan pomagała Renee z jakimś zadaniu domowy przy stoliku ogrodowym. Kevin był przed telewizorem jedząc pokrojonego ogórka i paprykę, za parę dni mieli mu ściągnąć gips z dłoni, więc postanowił pozwolić mu jeszcze na trochę luzu tym bardziej, że jadł warzywa zamiast chipsów. Seth ku jego szokowi był w salonie i siedział po drugiej stronie kanapy, w milczeniu oglądał z młodszym jakby komentarz miał sprawić, że ten go stamtąd wygoni. Allison była w swoim pokoju i coś rysowała, ale nie pozwoliła mu dojrzeć co to jest. Aaron czytał książkę w swoim łóżku i podjadając żelki.
Największym szokiem był jednak brak Andrew w pokoju. Najpierw David chciał panikować, bo nie widział drugiego bliźniaka ani w salonie ani w ogrodzie, ale wszystko wyjaśniło się gdy poszedł do kuchni żeby zapytać o niego Betsy.
Chłopiec był z nią, a dokładniej był przytulony do jej nóg. Ledwo można było go dojrzeć przez wysoki blat, ale zdecydowanie nie chciał puścić Dobson. Ten akt czułości szczerze go rozczulił. Sam rzadko miał okazję przytulać Andrew, ale myśl, że jednak ktoś to robi była uspokajająca.
- Już miałem panikować, że zgubiłaś jednego z moich dzieciaków - odezwał się żartobliwie.
- Oh, nie. Przygotowujemy wspólnie kolację dla wszystkich. Po za tym wszyscy znaleźli sobie zajęcie - odpowiedziała, nie zwracała nawet uwagi na chłopca przyklejonego do jej nóg.
- Nie było jeszcze krzyków Nicky’ego? Mam wrażenie, że za każdym razem kiedy on i Matt zaczynają razem trenować to któryś z nich wychodzi z tego z krwawiącym nosem. Jestem w szoku, że sąsiedzi nie wezwali do nas jeszcze opieki społecznej - mruknął.
- Wszyscy są w jednym kawałku, myślę, że powinieneś częściej ufać dziewczyną w samodzielnych powrotach. Świetnie poradzili sobie z Dan i Allison, nawet Seth - dodała widząc sceptyczną minę przyjaciela. - Po za tym masz już umowę?
- Tak, dom jest mój. Potrzebuje delikatnego remontu, ale powinniśmy to załatwić dość sprawnie. Zajmę się tym jutro.
- A co z Neilem? Kiedy będziemy mogli go poznać? - zapytała. Wymack był niemal pewny, że zrobiła to ze względu na Andrew, ale nie zamierzał niczego kwestionować.
- Gadałem z Ellie, podpisałem dokumenty z prośbą o to żeby Neil mógł do nas przyjechać na jeden dzień i wszystkich poznać. Czekam tylko na datę - wyjaśnił próbując instynktownie nie zerkać na syna.
- Jak coś to pisz. Możesz iść obejrzeć bajkę z Kevinem i Sethem - stwierdziła z uśmiechem.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem dzieckiem? - zapytał retorycznie i wziął kubek z kawą.
- Czasami się zachowujesz odwrotnie - dokuczyła mu i pokazała żeby już poszedł.
Wywrócił oczami i usiadł między synami. Zobaczył na ekranie dzwoneczka i domyślił się, że oglądają Piotrusia Pana.
Starszy chłopak spojrzał na ojca, a raczej na jego kubek i próbował dojrzeć co się w nim znajduję. Pokazał mu, że to kawa.
- Tato - odezwał się Kevin. - Czemu nie ma bajek o Exy?
- Nie wiem, nie musisz myśleć tylko o Exy - westchnął.
- Życie bez Exy jest nudne - spojrzał ze zdradą w oczach na swój gips.
- Przestań o tym gadać bo narysuje ci fiuta na ręce - wtrącił się Seth znudzony.
- TATO! SŁYSZAŁEŚ?! ON OBRAŻA EXY! - krzyknął młodszy i spojrzał na ojca oczekując prawdopodobnie tego, że zwróci uwagę bratu.
- Dosłownie gówniarzu obraziłem ciebie - westchnął starszy. - To się powinno leczyć, mieszkam w domu wariatów.
- Tato! On obraża mnie! - poprawił się Kevin.
- Ogarnijcie się obaj bo włączę wam dokument o rozmnażaniu lwów, albo o tym jak się robi parówki, które tak lubisz - zwrócił się do Setha.
- Dobra już jestem cicho - mruknął.
- Skup się na filmie - powiedział młodszemu, a kiedy w końcu jego wzrok wrócił na ekran odchylił głowę do tyłu. Na szczęście siedział pomiędzy nimi, więc jeśli zaczną się bić łatwiej będzie ich rozdzielić.
Kiedy w końcu obaj się uspokoili odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Nie mógł jednak odpocząć wystarczająco długo po usłyszał uderzenie ciała o ziemię i przekleństwo Matta.
- Czasami was nienawidzę - szepnął, ale na tyle głośno, że obaj go usłyszeli.
Wstał i na ogrodzie zobaczył widok, którego spodziewał się już wcześniej.
Nicky leżał na ziemi i trzymał dłoń przy nosie, widział spływającą z niej krew. Odesłał dziewczyny do środka, bo Dan zdarzało się mdleć na widok krwi, a wolał uniknąć kontuzji kolejnego dziecka.
- Miałeś na niego uważać do cholery Matt - pomógł chłopcu usiąść i pochylić głowę do przodu. Starszy podał mu chusteczki.
- To był wypadek - tłumaczył się.
- Każdy wasz trening kończy się jakąś kontuzją, przez was będę siwy - trzymał nos Nicky’ego i wysłał drugiego po lód na później.
Zobaczył przechodzącą obok ich płotu sąsiadkę, przyglądała się im z zaciekawieniem. To był jego znak od losu żeby w nowym domu zasadził żywopłot. Oraz żeby być gotowym na telefon z opieki społecznej.
Chapter 11: Rozdział 11
Notes:
(See the end of the chapter for notes.)
Chapter Text
Wymack
Po kupnie domu życie Davida się delikatnie uspokoiło. Owszem musiał opłacić ekipę remontową żeby chociaż zaczęli działać z domem i powoli przeglądał oferty szkół w okolicy nowego domu dla młodszych dzieciaków. Na szczęście bliźniaki ani Kevin nie byli przywiązani do starej szkoły, więc uda mu się uniknąć załamań nerwowych. Wspólnie również pojechali do nowego domu gdzie dzieciaki mogły zobaczyć jak będą mieszkać już niedługo. Z tyłu głowy jednak wciąż wiedział o tym, że musi jeszcze przedstawić dzieciakom Neila. Chłopiec był mądry jak na swój wiek i na pewno domyślił się, że odwiedziny Wymacka i Andrew nie są przypadkowe. Wciąż nie chciał go speszyć.
Starsze dzieciaki były zadowolone z wizji nowego dziecka, nawet Andrew go polubił i z chęcią jeździł na spotkania z nim nie tylko po to żeby ominąć lekcję danego dnia. Najbardziej niezadowolonymi z faktu byli Seth i Aaron. Spodziewał się starszego bo on był niechętny przy każdym nowym dzieciaku adoptowanym po nim, ale drugi go zdziwił. Owszem bliźniaki jako ostatnie dołączyły do ich rodziny, więc nie byli jeszcze obyci z tym jak to jest gdy w domu pojawia się ktoś nowy. Liczył jednak, że przekona się tak samo jak jego brat.
Dzisiaj wypadł taki dzień, że jego najmłodszy syn miał egzamin w szkole więc nie mógł mu towarzyszyć na spotkaniu z Neilem. Pokazał swoje niezadowolenie trzaśnięciem drzwiami od auta gdy musiał pójść do szkoły ale nie odezwał się przy tym ani słowem. Przywyknął do milczenia chłopca i wiedział, że jeśli przekroczy granicę to zostanie o tym dobitnie poinformowany.
Kiedy wszedł do pomieszczenia gdzie zawsze odbywały się jego spotkania z Neilem znalazł go niezadowolonego. Ten humor pogorszył się tylko gdy zauważył, że David przyjechał sam bez syna.
- Wybacz, od rana jest marudny, więc wątpię żeby chciał z tobą rozmawiać - opiekunka spojrzała na niego przepraszająco. Cały czas wpatrywała się w siedmiolatka jakby upewniając się, że nie uciekł oknem, które było niedaleko.
- Spróbuję, nie mam zamiaru go straszyć i wzbudzać w nim niepokoju. Nie wybaczyłbym sobie - stwierdził i kucnął w bezpiecznej odległości. Oczywiście chłopiec podniósł na niego wzrok i sam się jeszcze kawałek odsunął.
Nie skomentował tego i wziął jeden z samochodzików. Mimo braku słów opracowali wspólny rytm zabawy a po trzydziestu minutach nawet Neil zaczął wydawać mu ciche instrukcje. Bawili się w wyścig Formuły 1, w tym momencie był wdzięczny, że kiedyś on i Dan je oglądali. Wiedział czego od niego oczekuje.
Po tym jak samochodzik młodszego wygrał wyścig nawet bez forów od Davida wziął soczek, które przyniosła mu Ellie i w spokoju go pił. Wpatrywał się w mężczyznę jakby próbując zobaczyć jego duszę.
- Czego pan tak naprawdę ode mnie chce? - zapytał w końcu.
- Chciałbym dać ci dom na który zasługujesz, jak pewnie wiesz od Andrew mam dużo dzieci. Każde z wyjątkiem jednego jest przez mnie adoptowane, przeżyli różne rzeczy i wielu ich skreśliło, ale nie ja. Chce dać dom dzieciom, bo zasługujecie na kolejną szansę - uśmiechnął się widząc zmarszczone brwi dziecka.
- Musi mieć pan w tym jakiś interes, zawsze ludzie mają.
- Właściwie sam byłem wychowywany w złym domu, moim interesem jest to żeby dać wam drugą szansę, taką którą ja też dostałem od życia. Póki mam możliwości chcę pomagać - wyjaśnił mu, ta dociekliwość był cechą, którą dobrze znał. Sam był taki sam.
- Chce mnie pan adoptować - bardziej stwierdził niż zapytał.
- Chciałbym, ale nie zrobię nic wbrew twojej woli. Słucham dzieci i tego co mają do powiedzenia w porównaniu do innych dorosłych. Jeśli chcesz mnie przed tym lepiej poznać to jest w porządku, albo jeśli chcesz poznać wszystkie moje dzieciaki.
- Andrew mi o nich mówił - skupił uwagę na samochodziku.
- Wiem, oni bardzo chętnie by cię poznali - powiedział i wcale nie kłamał.
- To brzmi…w porządku - mruknął i zajął się z powrotem zabawą wręczając mu nowy samochodzik.
Kiedy wrócił do domu po południu wszyscy już tam byli z wyjątkiem Setha, którego Betsy zawiozła do psychiatry.
Andrew jadł lody na kanapie, Aaron siedział jak najdalej od brata i również jadł lody. Wyglądali na identycznie niezadowolonych. Reszta była na tarasie z Abby, która wypełniała jakieś dokumenty na laptopie kątem oka patrząc czy wszyscy żyją.
- Zjedli chociaż obiad za nim dałaś im lody? - zapytał kiedy obok niej usiadł.
- Oczywiście, że tak. Dostali lody tylko dlatego, że jako jedyni bez gadania zjedli wszystkie warzywa. Andrew jest na ciebie zły, że nie wziąłeś go do Neila, ale nie aż tak bo zdał egzamin najlepiej w klasie. Aaron za to się obraził jak usłyszał imię Neila - rzuciła mu współczujące spojrzenie bo najwyraźniej dzieciaki musiały jej powiedzieć jak bardzo chłopiec nie chce nowego brata.
Nie lubił pakować jej w swoje problemy z dziećmi, ale wiedział też, że jeśli mają razem mieszkać już niedługo to ona stanie się ich częścią. Sama wizja tego, że miałby się opiekować dziesiątką dzieci z czyjąś pomocą była uspokajająca. Oczywiście, Betsy i Abby pomagały mu regularnie, ale obecność jednej z nich na co dzień w domu byłaby jeszcze lepsza. Może w końcu wypiłby ciepłą kawę rano bez załamania nerwowego.
- A w jakim stanie jest dzisiaj Seth?
- Był zaspany jak jadł obiad, aż żal było mi go puszczać z Betsy - westchnęła i oparła się o jego ramię patrząc jak Renee i Dan gonią Matta, który zabrał im piłkę.
- Wiesz, że on zawsze jest albo agresywny albo zaspany. Nie ma nic pomiędzy. Muszę z nim porozmawiać bo Ellie ma do nas przywieźć Neila na jeden dzień żeby wszystkich poznał.
- Nie spodoba im się to, zostanę na noc - powiedziała od razu.
- Nie przesadzaj, damy sobie radę - odparł od razu i poszedł żeby wziął sobie coś do jedzenia.
Kiedy wrócił Seth był tak zmęczony, że kiedy Wymack wszedł do jego sypialni żeby porozmawiać chłopak był niewzruszony i jedynie powiedział, że współczuje dzieciakowi uwagi, która zostanie na niego skierowana od wszystkich.
Okazało się, że syn którego przekonanie David uważał za trudniejsze było banalne. Został mu jeszcze Aaron do którego też poszedł korzystając, że Nicky jeszcze opowiadał coś Abby na dole.
Wszedł do pokoju i od razu dostał poduszką.
- Nie chcę nowego dziecka, nie chcę - krzyknął od razu nie pozwalając mu dojść do słowa.
- Aaron, rozumiem, że to dla ciebie coś nowego i masz prawo się stresować, ale nie bądź taki surowy.
- Już jest nas wystarczająco dużo! Po co więcej!?
- Bo Neil potrzebuje domu, każdy z was coś przeżył, on też. Dlatego chcę mu pomóc - wyjaśnił, ale to nie przekonało chłopca.
- Jak chcesz niech przyjedzie, ale nie będę dla niego miły. Nie zmusisz mnie - wygonił go z pokoju i trzasnął drzwiami.
Notes:
Witam z powrotem po krótkiej przerwie. Zaczęły się wakacje, więc teraz rozdziały będę się starała wrzucać częściej. Moim priorytetem jednak jest mój drugi ff czyli "We are not the same", który staram się skończyć. Jest dostępny zarówno tutaj jak i na watt: jeoxvhan, więc będę wdzięczna jeśli zajrzycie. A tutaj dołączenie Neila do rodzinki coraz bliżej!
