Actions

Work Header

Jaki ojciec, taki syn

Summary:

Czasami życie nie jest tak łaskawe, by dać nam czas na rozwiązanie tego, co nasz dręczy. Czasami jesteśmy rzucani na głęboką wodę i musimy sobie jakoś radzić :)

LUB Skaut i Szpieg mają bardzo poważną rozmowę

Notes:

Sugerowane, że dzieje się mniej więcej w tym samym czasie co "Głos spoza klasy", ale nie jest wymagane czytanie, żeby zrozumieć
Ogólnie to jest fanfik urodzinowy, dlatego w przeciwieństwie do moich zwykłych prac ma poprawną interpunkcje xD
Ale co najważniejsze to WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Stary, opuszczony magazyn spowity był nieprzyjemną ciszą, która nie niosła ze sobą żadnego ukojenia. Gdy Skaut wraz ze Szpiegiem weszli do środka, drzwi wydały jęk, jakby właśnie wkraczali do jakiegoś nawiedzonego zamku.

Nie, żeby stary, opuszczony budynek jakoś bardzo się od tego różnił.

Wewnątrz panował klimatyczny półmrok. Cienie tworzyły iluzję ruchu po zakamarkach, jakby udając tajemnice, których budynek nie chciał im wyjawić.

Odgłos ich kroków niósł się po pustych korytarzach, odbijając się od ścian tylko po to, by wrócić do nich jako echo brzmiące jak ostrzeżenie.

Powietrze było stęchłe od wilgoci i gęste od kurzu. Każdy oddech pozostawiał nieprzyjemny smak rdzy i starości.

U sufitu wisiały pajęczyny, lekko się kołysząc pod wpływem ruchu w pomieszczeniu, a pająki zdawały się uważnie obserwować nieproszonych gości.

Z popękanych rur, wystających ze ścian co jakiś czas kapała woda Tworzyła ona dziwnie monotonny rytm, brzmiący jak zegar wybijający godzinę nieuchronnego końca.

Kap

Kap

Kap

Skaut, chociaż próbował udawać, że to miejsce go nie rusza, podejrzliwie spoglądał na każdy ruch na krańcu pola widzenia, a jego ramiona były napięte.

Szpieg, chociaż z zewnątrz zdawał się spokojniejszy, to także unosił głowę z podejrzliwością względem tego dziwnego miejsca.

Każda myśl wydawała się bluźnierstwem wobec tego otoczenia.

Wiele razy odwiedzali różne stare i opuszczone budynki podczas misji. Nawet teraz Gruby, Pyro, Demoman i Inżynier byli na podobnej misji w jakiejś opuszczonej konstrukcji gdzieś po drugiej stronie kraju.

Ale nigdy atmosfera nie była aż taka… dziwna. 

Skaut szedł pierwszy, co jakiś czas kopiąc kamyki czy inne śrubki które mijali, tworząc dodatkowe echo, gdy przedmioty odbijały się od podłogi. Twarz miał skrzywioną w niezadowoleniu.

— Mogłem tu być z kimkolwiek innym — mruknął pod nosem na tyle głośno, by Szpieg mógł go usłyszeć — Nawet z Medykiem bym poszedł. Ale musiałem z tobą.

Szpieg nie odzywał się przez chwile, po tym jak dźwięk słów wybrzmiał w duszącym półmroku. Leniwie spojrzał na chłopaka idącego przed nim, jakby zastanawiając się, czy odpowiadanie na to jest warte jego drogocennego czasu.

W końcu wzruszył ramionami, nawet nie próbując udawać gniewu i tylko chłodno rzucił.

— MannCo zdecydowanie podjęło nierozsądną decyzję.

Nie zaszczycił Skauta nawet spojrzeniem, poprawiając rękawice, jakby ten zwykły kawałek materiału zakrywający jego dłonie był o wiele ciekawszy, niż obecność drugiego najemnika obok niego.

Skaut zacisnął usta, lekko przygryzając wargę, po czym przewrócił oczami i poszedł przed siebie z westchnieniem, jakby chcąc pozbyć się źródła irytacji jaką był Francuz.

Twarz Szpiega natomiast niczego nie zdradzała. Jedyną oznaką odpowiedzi była subtelna zmarszczka na czole, której Skaut nawet nie raczył zauważyć.

O, jakże chciał wtedy sięgnąć do kieszeni po papierosa i zapalić, pozbyć się ukrytego stresu razem z dymem.

Ale Szpieg nie był głupcem.

Nie zamierzał używać zapalniczki w starym budynku, w którym nagromadziły się nie wiadomo jakie gazy.

Już raz popełnił taki błąd i nie zamierzał go powtarzać.

Zamiast tego mlasnął językiem. Najwyraźniej usłyszał to Skaut, który nagle się zatrzymał i odwrócił ku niemu głowę.

W oczach miał palący gniew, próbujący ukryć głębsze emocje.

—Wiesz co? — wyrzucił z siebie w końcu — Zawsze tak na mnie patrzysz, zawsze z góry, jakbym był jakimś gówniarzem, na którego musisz marnować swój drogocenny czas.

Słowa wypowiedziane podniesionym tonem odbiły się głuchym echem od pustych ścian, w tej ciszy brzmiąc mocniej niż Skaut planował.

Szpieg zatrzymał krok i zmierzył chłopaka intensywnym spojrzeniem, mrużąc przy tym oczy. W jego głosie nie było gniewu, nie było smutku, nie było żadnej emocji.

Był tylko chłód.

— A jak mam na Ciebie patrzeć, jeśli zachowujesz się jak lekkomyślny bachor?

Oboje wyglądali, jakby chcieli dodać coś jeszcze. Jakby cięte słowa nie mogły być zakończeniem tej niezwykle krótkiej rozmowy.

Oboje byli gotowi bronić swoich racji, raniąc się bardziej niż to konieczne.

Ale z jakiegoś powodu oboje się powstrzymali.

Skaut jedynie burknął pod nosem coś, co nie było żadnym prawdziwym stwierdzeniem. Jedynie odgłosem frustracji.

Szpieg dostrzegł w geście coś znajomego, coś dziwnie bliskiego, co prawie sprawiło, że na moment się zatrzymał.

Ale zanim sam zdążył o tym pomyśleć, już ruszył przed siebie.

Jakby zupełnie nic się nie wydarzyło.

Między nimi zapadła niezręczna cisza, zagęszczająca atmosferę, w której i tak ciężko się już oddychało.

Skaut przyśpieszył kroku, jakby chcąc pokazać, że nawet nie mając ostatniego słowa, wciąż jest jakoś lepszy.

Jego kroki były zbyt głośne, zbyt pewne.

Myślał o Szpiegu.

Jest taki wredny.

Taki zimny.

Nic go nie rusza.

Tak mówił sobie w myślach, a powtarzane jak mantra słowa stały się dla niego tarczą.

Ale za każdym razem, gdy próbował podsycać swój gniew, przypominał sobie te spojrzenia.

Te, których czasami używał Szpieg.

Takie inne od jego zwykłych pogardliwych oczu.

Ponieważ czasami jego spojrzenie było miękkie.

Pozbawione gniewu czy oceny, tak znajome.

Tak przyjazne i dodające nadziei w każdej sytuacji.

I myśl o tym spojrzeniu sprawiała, że cała zuchwałość znikała zastąpiona zrozumieniem.

Przyśpieszył jeszcze bardziej, nie chcąc tego czuć. Może jeśli pójdzie pierwszy i przestanie widzieć Szpiega kątem oka, to te uczucia też gdzieś umkną?

Szpieg kroczył z tyłu, a jego sylwetka była wyprostowana i dostojna, niewzruszona jak zawsze. Ręce miał założone na piersi, gdy bez pośpiechu podążał śladami młodego.

Ale ukryte pod tą fasadą myśli były dalekie od spokoju.

Powinien był coś jeszcze powiedzieć.

Tak jak zawsze.

Dlaczego się powstrzymał?

Westchnął bezgłośnie.

Dlaczego się tak wahał?

Obserwował plecy Skauta i jego zbyt przemyślane kroki, będące bardziej ucieczką niż objęciem prowadzenia na misji.

Potrafił dobrze rozpoznawać emocje.

Wiedział jak grać na odpowiednich nerwach, by szybko kogoś zranić.

Jakim szpiegiem by był, gdyby tego nie potrafił?

Ale w Skaucie dostrzegł coś, co znał aż za dobrze.

Zagubienie.

Ale postanowił to zignorować.

Więc szli dalej w milczeniu, krok za krokiem, każdy zamknięty w swoich własnych myślach.

A napięcie między nimi rosło z każdym krokiem.

Jeremy

Imię brzmiało mu w głowie jak echo.

Chłopak nosił w sobie tę samą energię, którą miał w sobie w młodości. Ten sam bunt, to samo pragnienie, by świat go zobaczył, by go uznał i przyznał mu rację.

Miał też tą dziecięcą lekkomyślność, którą sam Szpieg często krytykował. Lecz prawda była taka, że widział w tym zachowaniu samego siebie.

I to bolało go najbardziej.

Przez moment chciał się uśmiechnąć.

Głupi chłopak.

Ale odważniejszy, niż Szpieg kiedykolwiek mógł być.

Poczuł nutę dumy, której nie miał prawa wyrazić.

A pod nią żal. Gorzki i ostry żal.

Żal, że nie został.

Żal, że nigdy mu nie powiedział.

Żal, że pozwolił, by między nimi rosła cisza i nienawiść.

Chłód, na którego przebicie było już dawno za późno.

Skaut znowu przyspieszył, jakby chciał uciec od niewypowiedzianych słów.

Uparte kroki rozbrzmiewały głośno w uszach Szpiega, każdy z nich przypominający odmowę zamykająca drzwi tej relacji.

Chciał sięgnąć po papierosa, odpalić go zręcznym ruchem jak zawsze i zaciągnąć się głęboko pozwalając, by kojący dym wypełnił mu płuca.

Ale powstrzymał się, ze względu na jego własne bezpieczeństwo.

Swoje i Jeremiego

Zamiast tego poprawił mankiet, by oderwać myśli od tytoniu i ruszył za chłopakiem.

A między niewypowiedzianymi słowami i starymi wspomnieniami atmosfera jedynie gęstniała.

W końcu po długim czasie chodzenia w ciszy dotarli do serca obiektu. Zardzewiałe drzwi otworzyły się z jękiem, ukazując im większe pomieszczenie, pełne maszyn wyglądających na zadbane, w przeciwieństwie do reszty tego miejsca.

Skaut wszedł z tą swoją młodzieńczą swobodą, po czym przerwał ciszę gwizdem.

—Nieźle to wygląda. Wysadźmy co trzeba i spadajmy.

Szpieg nie odpowiedział od razu.

Zatrzymał się w progu pomieszczenia, lustrując jego wnętrze. Skupił się na szczegółach które umknęły by komuś, kto ich nie szuka.

Zbyt świeże ślady.

Zbyt czyste maszyny.

Kable wyglądające, jakby nie tak dawno zostały wymienione

—To miejsce nie jest martwe — powiedział cicho, lecz stanowczo.

— Daj spokój — Skaut machnął ręką — Zachowujesz się jak przewrażliwiony staruszek.

Ale Szpieg nie odpowiedział na słowa chłopaka. Jego obawy wciąż rosły, gdy zrobił krok do przodu.

Niczego nie chciał bardziej, niż się mylić.

— Spójrz uważnie — powiedział. 

Skaut skupił się nie odzywając się więcej.

W powietrzu wisiał zapach oleju.

Miało tu nikogo nie być, prosta misja. Wejście i wyjście.

Zrobił powolny krok do tyłu, gestem ręki nakazując Skautowi zrobienie tego samego.

Nad nimi rozległ się szmer, a oczy Szpiega rozszerzyły się w przerażeniu. Spróbował wystawić swoją rękę w stronę Jeremiego. Osłonić go, odepchnąć, czy zrobić cokolwiek co zapewniłoby mu bezpieczeństwo.

—Co do - zdążył jedynie zacząć Skaut, zanim przestrzeń rozdarł brutalny huk.

Eksplozja przecięła powietrze niczym oślepiająca kolumna światła.

Tak brutalna w swej prostocie.

Fala uderzeniowa zwaliła ich z nóg. Beton pękał jak tanie drewno. Pył uniósł się na moment, zanim ciężko opadł na ziemię.

Wszystko dążyło do anihilacji w operze dźwięków zniszczenia.

Skaut odruchowo próbował rzucić się na bok, jakoś się uratować. Ale pod wpływem wstrząsu upadł na ziemię, brutalnie uderzając głową o chłodny beton.

Nawet przez zamknięte powieki widział rażący w oczy błysk. W uszach mu szumiało. Nie czuł nic poza pulsującym bólem.

Jego ręce same podniosły się do głowy, jakby mogły ochronić ją przed krzywdą. 

A Szpieg? Zniknął gdzieś w tym chaotycznym tańcu gruzu i dymu.

Skaut przez moment dostrzegł jego smukłą sylwetkę, patrzącą w jego stronę, zanim dym w całości go pochłonął.

Kawałek konstrukcji runął w dół, przecinając powietrze jak miecz.

Smak gęstego pyłu wypełnił usta Skauta, utrudniając oddychanie. Palce zaczynały piec. Nagle coś go trąciło przewracając.

Wszystko skończyło się tak szybko jak się zaczęło, co wcale nie napawało go spokojem, ponieważ nastąpiło coś o wiele gorszego.

Nastała cisza.

Zacisnął zęby, ignorując wilgoć na głowie i krew kapiącą na ziemię.

Zakaszlał, próbując złapać oddech i obserwował powoli opadający kurz.

Wszędzie leżały wielkie kawałki rusztowań, które utrudniały poruszanie się.

-Szpieg? Szpieg! Gdzie jesteś? - krzyknął chłopak, ignorując szybkie bicie własnego serca.

Jak w ogóle do tego doszło? To miała być prosta misja, a zamiast tego przywitał ich wybuch, to jakaś pułapka czy co? Ktoś chciał się ich pozbyć?

Kto tym razem?

Potknął się, w ostatniej chwili łapiąc się czegoś aby nie upaść.

Wszystko kręciło się lekko i chciał zwymiotować.

Przełknął gule w gardle i zaczął mrugać oczami, by pozbyć się zbierających się w nich powoli łez.

Zaczął nasłuchiwać.

Ale nie słyszał nic poza dzwonieniem w uszach.

Spróbował podejść do miejsca, w którym wcześniej stał Szpieg, ale nie widział nigdzie starszego najemnika.

Lekko się kołysząc, zaczął przeszukiwać ten kawałek przestrzeni, w jakiej się znalazł.

Choć nie chciał się do tego przyznać, to jego serce rozrywała myśl, że Szpieg mógł zniknąć…

Tak na zawsze.

Gdy dym powoli opadł, nagle usłyszał krótki jęk.

Szybko odwrócił głowę w tamtym kierunku. Zakuło go gdzieś za oczami, więc zacisnął powieki łapiąc się za głowę.

Szybko się jednak opanował i zaczął powoli podążać w kierunku niepewnego znaku życia, mogącego być obietnicą, lecz i przekleństwem.

Gdzieś w oddali zaczęły osuwać się kolejne kawałki zabudowań, blokując jakiekolwiek potencjalne drogi ucieczki.

Zrobiło się nieprzyjemnie ciemno.

Skaut przypomniał sobie o latarce w kieszeni. Chociaż była mała, to świeciła, prowadząc go przez ciemność.

W jego nosie smród rdzy i metaliczna nuta krwi zaczęły się ze sobą mieszać.

Jego oddech przyspieszył, więc położył rękę na piersi.

Oddychaj, Skaut, oddychaj.

Nachylił się by móc się trochę uspokoić.

Było duszno, gorąco i nieprzyjemnie, a chłopak czuł, jakby cały budynek chciał go pochłonąć.

Chciał po prostu wrócić do domu.

Skup się do cholery.

Spojrzał na własne ręce.

Pełne były otarć i powoli tworzących się siniaków. Krew rozmazała się na dłoniach.

Nie był pewien czy mdłości biorą się z bólu, czy ze strachu.

Nie wiedział czy był bardziej rozbity psychicznie, czy fizycznie. Świadomość uwięzienia zaczynała do niego docierać.

Wtedy dostrzegł znajomą sylwetkę w półmroku.

Poczuł dreszcz w kręgosłupie powoli podchodząc do leżącej postaci.

—  Szpieg? Ej, odezwij się! — jego głos odbił się od gruzów, ale odpowiedź nie nadchodziła

Gdy skierował na niego światło, ten zaczął się lekko poruszać, zrzucając z siebie fragmenty gruzu.

Skaut do niego podszedł, a serce skoczyło mu do gardła.

Szpieg leżał bokiem, częściowo przygnieciony większymi kawałkami pokruszonego betonu. Jego droga marynarka była rozdarta wzdłuż ramienia.

Oddychał szybkim świszczącym głosem, jakby sprawiało mu to ból.

Zrzucił z siebie gruz i podparł się, jakby z zamiarem wstania i przez krótką chwile wyglądał normalnie.

Jak dupek, który tuszuje wszystkie wady, nie pozwalając niczemu do siebie dotrzeć.

Ale iluzja szybko prysła, gdy jego własne ciało go zdradziło, a mężczyzna osunął się z powrotem na ziemię, cicho sapiąc.

Skaut nie wiedział co zrobić. Wypluł tylko z siebie niewiele myśląc, potok słów, chcąc zagłuszyć własne przerażenie.

— No świetnie — powoli usiadł obok — Jedyne czego brakowało mi do szczęścia to kiszenie się tu jak sardynki.

Miał zamiar jeszcze parsknąć śmiechem, może coś dodać ale głos ugrzązł mu w gardle, kiedy dokładniej przyjrzał się Szpiegowi pod światłem latarki.

Jego skóra była nienaturalnie blada, a maska powoli nasiąkała krwią. Oczy śledzące Skauta były dziwnie matowe, tak odmienne od tych kipiących arogancją i wyższością, które tak dobrze znał.

Natychmiast spoważniał, ignorując kolejny dreszcz.

— Szpieg? — szepnął.

Francuz powoli się poruszył.

— C’est rien… — zakaszlał i spróbował nadać swojemu głosowi naturalny ton - To nic takiego.

Słowa zapewnienia zawisły w powietrzu, ale jego ciężki i urwany oddech zdradzał prawdę o jego stanie.

Szpieg jeszcze raz spróbował się podeprzeć, jakby uparcie chcąc zachować resztki kontroli nad sytuacją. Oparł dłonie o brudną ziemię i uniósł się na chwilę, ale ciało ponownie odmówiło posłuszeństwa. 

Ręce zadrżały, zanim ugięły się, posyłając go z powrotem na ziemię z głuchym odgłosem. Zakaszlał, co spowodowało u Skauta złe przeczucia.

Przecież Szpieg wyglądał jakby miał zaraz…

Skaut rzucił się w stronę gruzu, lekko się potykając i próbował wyszarpać kawałki blokujące wyjście w desperackiej nadziei, że jakoś ich uwolni.

—No dalej, rusz się — warczał, choć mówił bardziej do siebie. Palce piekły go przez ostre krawędzie i zbyt duże do przesunięcia fragmenty.

Zrezygnowany usiadł na podłodze, ignorując zawroty głowy. Beznamiętnie spojrzał na Szpiega, gdy przypomniał sobie o słuchawce.

Dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że miał problem z wciśnięciem guzika, ale w końcu udało mu się zacząć połączenie.

— Halo? Jest tam ktoś? Tu Skaut! Kurwa… Coś się zawaliło, jesteśmy uwięzieni, a Szpieg jest ranny… nie ma wyjścia, a on krwawi i nie może wstać.

Przez chwile po drugiej stronie panowała cisza, zanim trzask zwiastował użycie mikrofonu z drugiej strony. 

—Skaut, hör mir zu — usłyszał spokojny, precyzyjny głos Medyka — Niech Szpieg się nie rusza, jeśli ma obrażenia wewnętrzne, każde drgnienie może je pogorszyć.

— Ale on nie może tak leżeć! — Skaut podniósł głos do słuchawki i złapał się za włosy, a w oczach pojawiły się łzy frustracji.

— Ruhe — głos Medyka skutecznie go uciszył — Monitoruj jego oddech i informuj o wszelkich zmianach. Będziemy was szukać i wydostaniemy, ale może to trochę potrwać, skoro połowa drużyny jest na innej misji.

—Będę czekać — mruknął Skaut, zaciskając oczy, by odeprzeć niewylane jeszcze łzy.

Urządzenie trzaskało przez kilka sekund zanim zapadła cisza, którą ponownie wypełniły świszczące oddechy Szpiega.

Skaut spojrzał na Francuza, kierując na niego latarką. Leżał nieruchomo, a jego twarz wydawała się jeszcze bledsza. Jakby już stał się cieniem samego siebie.

Klatka piersiowa Skauta zacisnęła się, gdy siedział bez ruchu.

Jego własny umysł nie nadążał za tym, co widziały oczy.

Kurz powoli osiadał, choć wiele jego drobin wciąż unosiło się przy świetle latarki. Tańczyły wokół niego, jakby chciały odwzorować coś pięknego, ale i niepokojącego.

Każdy dźwięk wydawał się przytłaczający.

Trzaski, kapiąca krew czy drżący oddech były nienaturalnie głośne.

Nie mógł uwierzyć, że jeszcze przed chwilą wszystko było dobrze, wszystko było jak zwykle.

Mieli zaraz wrócić do bazy.

Jak po każdej szybkiej misji.

To nie powinno było się zdarzyć.

Ponownie spojrzał na Szpiega i przełknął gule w gardle. Maska pozornej beztroski, którą nosił codziennie od lat, wydawała się pękać. W końcu to nie był czas ani miejsce na wygłupy.

Gdy adrenalina opadła pozostał mu tylko strach.

Nie chciał by ich grobem stał się stary budynek, który zniknie pod kupą metalu i betonu.

Oparł głowę o chłodną ścianę, zamykając oczy i pozwolił, by ciężar wydarzenia naprawdę w niego uderzył.

Świadomość, że jest całkowicie sam, a życie jego współpracownika zależy od niego sprawiała, że się wzdrygnął, co z kolei spotęgowało tylko ból w głowie.

Podsunął się w stronę leżącego. Choć nie chciał być blisko, to czuł, że powinien być przy Szpiegu.

Podciągnął nogi do piersi, wpatrując się w Szpiega, pusto patrzącego w sufit i jego powoli poruszającą się klatkę piersiową.

Miał ochotę biec, mimo że nie miał dokąd uciec.

Spróbował wyglądać pewnie. Zmienił pozycję, siadając na własnych nogach i splótł ręce na brzuchu, ale szybko zaczął bawić się krawędzią nadszarpniętej koszulki, by odwrócić swoją uwagę od zawrotów głowy.

Tak bardzo chciał zaczerpnąć świeżego powietrza.

— Nie waż się umierać, słyszysz? — warknął nagle — Nie mam zamiaru siedzieć tu sam z trupem.

Jego słowa odbiły się od otaczających ich belek, tworząc pogłos.

Zbyt głośno.

Zbyt dramatycznie.

Szpieg powoli odchylił głowę w jego stronę, jakby chciał mu się przyjrzeć pod przymrużonymi oczami.

Gardło Skauta się ścisnęło. Wiedział, że jego słowa brzmiały dziecinnie i żałośnie. Że złość była podsycana własną nieporadnością.

Że po stracie wszystkich masek został tylko drżący chłopiec, który nie wie co zrobić.

Zacisnął mocniej dłonie w pięści, aż palce zaczęły go boleć, a kilka strupów się otworzyło.

— Słyszysz? — dodał, a jego głos się łamał — Nie możesz mnie tu zostawić, albo…

Sam nie wiedział czy teraz mu grozi, czy błaga.

Szpieg spokojnie na niego spojrzał, powoli mrugając oczami, jakby nawet ten mały ruch jakoś sprawiał mu ból.

Pomimo bladości twarzy, na jego twarzy pojawił się cień lekkiego uśmiechu.

Nie ten typowy, triumfalny, wręcz kpiący, ale raczej zmęczony.

—Toujours impatient… —  wyszeptał, a jego głos był jeszcze bardziej chrapliwy niż u Skauta. Następne słowa, choć mówione z trudem, zostały wypowiedziane z pewnością — Zawsze wiedziałem, że… mój syn będzie równie niecierpliwy jak ja.

Brzmiało to tak, jakby właśnie wypowiadał największą tajemnicę, ale jednocześnie żartował, balansując na linii powagi i ironii.

Skaut zamarł.

Chyba się przesłyszał.

Serce zaczęło mu walić.

— Coś ty właśnie powiedział? — głos mu zadrżał — Co to ma znaczyć?

Szpieg nie odpowiedział od razu. Powieki mu opadły, lecz półuśmiech wciąż nie zniknął z twarzy.

Skaut natomiast poczuł, że świat robi się nagle ciaśniejszy, jeszcze cięższy niż gruz, który ich otaczał.

Jego słowa wciąż dźwięczały mu w uszach. Nagle wstał, walcząc z grawitacją i ciałem, które zaprotestowało na nagły ruch.

— Pierdolisz głupoty! Kłamiesz! — Chciał zabrzmieć pewnie, chciał zabrzmieć na zdenerwowanego, ale zamiast tego jego głos ponownie się złamał.

Jakby wszystkie spojrzenia, wszystkie domysły i teorie od lat spychane daleko na tyły głowy, nagle wybiły się na powierzchnię, żeby go prześladować.

Zaczął chwiejnie chodzić po małej przestrzeni.

— To jakaś chora gierka, prawda? — odwrócił się w stronę towarzysza - Zawsze coś kombinujesz, zawsze coś ukrywasz, po prostu bawisz się moimi emocjami, nie możesz tak po prostu… nie masz prawa…

Urwał gdy brakło mu tchu, a jego własne słowa ugrzęzły mu w gardle.

Szpieg podążał za nim wzrokiem w milczeniu.

Był zmęczony, zbyt zmęczony żeby się tłumaczyć. Ponownie spojrzał w górę, pozwalając Skautowi samemu walczyć w tej bitwie o prawdę.

Przynajmniej przez chwile.

Skaut widział ten wzrok.

To spojrzenie objęte ciszą mówiące “Wiesz, że to prawda. Zawsze wiedziałeś”.

— Nie możesz… — zawahał się, zanim kontynuował — …jak możesz oczekiwać, że Ci w to uwierzę? Nie! Odmawiam!

Pod wpływem gniewu zaczął wyrzucać z siebie słowa.

— Jesteś kłamcą! Zawsze byłeś! Nie wiem nawet, kim jesteś naprawdę… Dlaczego miałbym ci teraz uwierzyć?

Jego słowa były coraz bardziej chaotyczne, jakby chciał po prostu przestać o tym myśleć.

Szpieg lekko podniósł głowę i w końcu spróbował coś jeszcze powiedzieć, ale Skaut szybko go przekrzyczał.

— Nie! Zamknij się! Nawet się nie odzywaj!

Między nimi zawisła cisza, niczym walka o to, kto odezwie się ostatni.

Skaut był pełen gniewu.

A Szpieg przestał próbować.

Milczenie z jakiegoś powodu jeszcze bardziej uderzyło Skauta, a we wnętrzu poczuł chłód.

Jeśli Szpieg się nie odezwie, jeśli nie będzie tłumaczył, będzie milczał tak jak Skaut mu kazał… to jedyne co mu zostanie to odbijające się w głowie słowa.

W końcu westchnął, a plecy znalazły zimny metal. Spuścił głowę, wpatrując się we własne stopy.

Cisza była nie do zniesienia, ale wciąż trwała.

Skaut przełknął ślinę i spojrzał na własne dłonie, po czym chwycił jakiś mały kamyczek i zaczął przewracać go w powietrzu, myśląc nad całą sytuacją.

W końcu odezwał się cicho.

Ledwo słyszalnie.

— Myślę… że zawsze wiedziałem.

Urwał, nie wiedząc co powiedzieć, a Szpieg poruszył się lekko, jakby chciał pokazać, że wciąż słucha.

Skaut przegryzł wargę na tyle mocno, że poczuł metaliczny smak krwi.

Nie chciał patrzeć w stronę towarzysza, więc jeszcze bardziej skupił się na kamyku w dłoni. Obracał go w palcach, rozkoszując się jego gładką powierzchnią.

Dopiero po chwili dodał, głosem pełnym jadu, którego nie raczył ukryć.

— Ale nie chciałem wiedzieć.

Z jakiegoś powodu poczuł ulgę. Jakby w końcu wypuścił ten ciężar, który podświadomie ze sobą nosił.

Szpieg się w niego wpatrywał, a coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Jakby chłodna obojętność i wyniosłość nagle zniknęły.

Spojrzenie było pełne pewnej miękkości. Takiej prawdziwej, której Skaut nie spodziewał się teraz zobaczyć.

Wydawało się jakby ten moment rozbił mur, który przez lata wspólnej pracy ich oddzielał.

Skaut poczuł się jak dzieciak.

Jak mały chłopiec, który przytulał się do matki, zastanawiając się gdzie jest jego ojciec.

Poczuł się… zauważony.

Szpieg obserwował go przez dłuższą chwilę. Zmęczona twarz śledziła każdy ruch syna.

Patrzył na Skauta tak, jakby pierwszy raz zdecydował się na niego spojrzeć, tak naprawdę.

Nie na chłopaka, który ukrywa się za żartami.

Nie na najemnika, z którym pracuje.

Ale jak na kogoś, kto wreszcie usiadł naprzeciw i słucha.

Wiedział, że jest rozdarty między gniewem, a potrzebą usłyszenia prawdy.

I może właśnie dlatego Szpieg poczuł, że to jest ta chwila. Chwila, w której nie było miejsca na kłamstwa, półprawdy i maski.

Po tylu latach nadszedł czas na prawdę.

Szpieg mówił powoli i ostrożnie, jakby ważąc każde słowo.

— Bałem się odpowiedzialności — urwał, zamykając oczy, nie chcąc patrzeć Skautowi w twarz — Nie byłem gotowy, nie umiałem…

Każda pauza była długa, wypełniona drżącym oddechem.

W normalnych warunkach Szpieg nigdy nie dopuściłby do tego, by ktoś zobaczył go w takim stanie.

— Wiedziałem, że zawodzę jako ojciec. Że zostawiając cię, odbieram ci coś, czego nie możesz odzyskać.

Jego głos się załamał, a Skaut nie był nawet pewien czy faktycznie to usłyszał, czy tylko mu się wydawało.

— Myślałem, że tak będzie lepiej. Że jeśli nie będę przy tobie, nie staniesz się taki jak ja.

Odetchnął ciężko, lekko ściskając rękę.

— Ale chyba… nie chciałem odpuścić.

Ich spojrzenia się spotkały. Jedno zamglone i łagodne, drugie zmęczone i załzawione.

— Zawsze was obserwowałem. Ciebie i twoją matkę. Z daleka śledziłem waszą sytuację i twoje postępy we wszystkim. Ale nigdy nie miałem odwagi podejść bliżej, Jeremy. Czułem, że nie miałem prawa.

Jego głos ponownie zadrżał, gdy wypowiedział jego imię. Jakby pierwszy raz wypowiedział je na głos.

— Każdy krok, każde zwycięstwo, każda porażka… nienawidziłem siebie za to, że kryłem się w cieniu, zamiast stać obok ciebie.

Skaut nie odpowiedział. Sztywno siedział w ciszy, z oczami wbitymi w gruz. Ale nie próbował przerywać ojcu. Nie próbował zagadywać, ani żartować.

Pierwszy raz w życiu naprawdę słuchał.

W końcu Szpieg powoli uniósł obolałą rękę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, a materiał cicho zaszeleścił w ciemności.

Skaut śledził ruch latarką.

Szpieg wyciągnął zegarek. Nie jeden z tych pozwalających mu zniknąć podczas meczu, które nosi na nadgarstku, lecz ten złoty, lekko porysowany, z kolibrem na przodzie, błyszczący w słabym świetle. 

Dzwon zmarłego

Ciche kliknięcie rozniosło się wyraźnie w ciszy.

Szpieg otworzył zegarek i gestem kazał Skautowi podejść, co ten zrobił szybko, choć trochę niepewnie.

W środku, za ochronną szybką było coś, czego Skaut się nie spodziewał.

Wyblakła fotografia, dotknięta upływem czasu, przedstawiająca chłopca w wieku około pięciu lat, stojącego z jakąś kobietą.

Jeremy z matką.

Szpieg przesunął kciukiem po szybce i się uśmiechnął.

Patrzył w zdjęcie, jakby to właśnie ono przez lata trzymało go przy życiu.

— Mam to zawsze przy sobie — powiedział słabo — Na każdej misji, na każdej potyczce. Przypomina mi, że pomimo wszystko, wciąż gdzieś tam jesteś. Nawet jeśli nie mogę uczestniczyć w twoim życiu tak, jak bym chciał.

Skaut wpatrywał się w zegarek z szeroko otwartymi oczami.

Cała złość jaką czuł, nagle straciła sens z powodu tej małej, ale dobrze zadbanej fotografii, która mówiła mu o wiele więcej niż jakiekolwiek słowa.

Szpieg ostrożnie zamknął zegarek, jakby bał się, że zdjęcie rozpadnie się na kawałki, jeśli zbyt długo będzie narażone na unoszący się wszędzie pył.

Skaut odłożył latarkę tak, by lekko oświetlała całość pomieszczenia i zastanowił się na chwile zanim podjął decyzję.

Szpieg wyciągnął rękę ku Jeremiemu.

— To przypomina mi, dlaczego żałuję — powiedział cicho — Ale myślę, że powinno należeć do ciebie.

Skaut patrzył na niego w osłupieniu.

Powoli wziął zegarek jakby bał się, że przedmiot rozpadnie się gdy tylko spróbuje. Trzymał go obiema rękami podziwiając.

Zacisnął powieki na moment.

Dawno temu próbował zapomnieć.

Ale nigdy nie potrafił.

Nie mógł się zmusić.

Jego oczy się zaszkliły, chciał coś powiedzieć, może żart, może przekleństwo, cokolwiek… ale nie mógł się zmusić.

Otworzył usta.

Żadne słowa nie były wystarczające w takiej sytuacji.

Po prostu spojrzał na swojego… ojca.

Naprawdę spojrzał.

Tylko on, zegarek i ranny Szpieg.

W klaustrofobicznej ciemności, robiło się bardziej personalnie, niż kiedykolwiek by sobie wyobrażał.

Żadnych masek.

Żadnych kłamstw.

Skaut próbował oddychać w równym tempie, gdy jego dłonie drżały.

To było tak wiele do przetworzenia, prawda, której od dawna unikał i taka, która nie dawała mu spokoju.

Ponownie spojrzał na Szpiega, widząc złamanego mężczyznę, który pierwszy raz wydawał się dziwnie… bliski.

A Szpieg nie odwracał wzroku. Patrzył na syna, jakby ta chwila była wszystkim, czego od tak dawna pragnął. Jakby w końcu postanowił przestać być tchórzem.

W tym momencie nie byli tylko współpracownikami, przydzielonymi do tej samej misji.

Nie byli tylko irytujących chłopakiem i starym cynikiem.

Niestety nie byli też ojcem i synem.

Przynajmniej jeszcze nie.

Za to byli dwoma ludźmi, którzy w końcu odważyli się spojrzeć prawdzie w oczy.

Nawet jeśli było na to zdecydowanie za późno.

Jeremy przycisnął zegarek do piersi i w końcu się odezwał.

-Całe życie… - zaczął, przerywając na chwilę i spróbował zignorować narastający ból głowy, który był coraz gorszy z każdą minutą - Całe życie chciałem… żeby ktoś mi powiedział, że jest ze mnie dumny.

Metal w jego dłoniach był chłodny, a jednak dawał mu dziwne ciepło.

Matka wspierała go przez całe życie, miał braci, większość starszych ludzi na ich ulicy go uwielbiała… ale to nie to samo. Zawsze brakowało mu tego czegoś… tego kogoś.

-Jeremy - zaczął Szpieg, wyrywając chłopca z jego myśli - Jesteś lepszym człowiekiem, niż ja kiedykolwiek byłem.

Chłopak zamarł na te słowa, gdy coś w środku zrobiło się cieplejsze.

Czy tak właśnie powinien się czuć gdy…

-Może- wyszeptał, powstrzymując płacz- Nie zdążyłeś być jeszcze ojcem… ale zdążyłeś być rodziną. Ta drużyna to rodzina, wielka rodzina dziwnych ludzi… mamy siebie nawzajem.

Uśmiechnął się pełen nadziei.

Szpieg spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami, po czym też się uśmiechnął. Jeremy zauważył tworzące się łzy w kącikach oczu starszego, co szczerze go rozbawiło.

I chociaż wciąż są w ciemnej, klaustrofobicznej przestrzeni, zasypani gruzami i oddzieleni od reszty świata, Jeremy po raz pierwszy od dawna nie czuł się samotny.

Nie tak dawno puste tytuły jakimi są ojciec i syn, zaczynały powoli nabierać realnych kształtów.

Zdecydowanie nie idealnych.

Może i spóźnionych.

Ale przynajmniej prawdziwych.

Między nimi zapanowała przyjemna cisza oczekiwania na ratunek.

To nie był pełen pokój, krótka rozmowa nie wyleczyła wszystkich ran, ale dała miejsce na nowy początek.

Namiastka pojednania, które mogło istnieć tylko po tym momencie szczerości.

Wtedy pewien dźwięk przecina powietrze, gdy z oddali słychać echa stłumionych krzyków. Rytmiczny stukot metalu i przesuwających się części konstrukcji, a z każdym wstrząsem na ich ramiona spadał osuwający się pył.

Jeremy drży, choć tym razem nie jest to spowodowane gniewem, ani obrażeniami, lecz nadzieją.

Wstrzymuje oddech i nasłuchuje, próbując usłyszeć jakiś znajomy głos.

Nawet Szpieg lekko podnosi głowę, chociaż szybko ją kładzie.

-To oni prawda? - pyta Jeremy półszeptem, z nadzieją, ale i obawą, że to mogą być wrogowie.

-Nie wiem - odpowiada cicho Szpieg, który stara się wsłuchać w odległy odgłos kroków.

Ziemia lekko drży.

Nie są w stanie nic zrobić, bez względu na to co nadchodzi.

Szpieg powoli wystawił rękę, a Jeremy bez słowa ją chwyta. Oboje zacisnęli zęby trzymając się razem czekając, na nieuniknione.

Wtedy w słuchawce rozległ się dźwięk, na który chłopak aż podskoczył.

-Jesteście tam? Jesteśmy na miejscu z kilkoma ludźmi z MannCo i wyciągniemy was - rozległ się głos Snajpera.

To zdawało się poruszyć Skauta do akcji - natychmiast wstał, jakby ktoś podkręcił mu adrenalinę i krzyknął.

-Jesteśmy tutaj! - jego głos odbił się echem od nierównych ścian. Palce mu się trzęsły, a w głowie wciąż się kręciło, ale nie przestawał nawoływać.

Po drugiej stronie słychać było chaotyczne głosy, kroki i odpalane maszyny, próbujące im pomóc.

Wtedy ponownie rozległ się głos w słuchawce.

-Trzymajcie się tam. Chwile nam zajmie przedarcie się do was.

Jeremy uśmiechnął się, słysząc to jako obietnice.

Obietnice ratunku.

Wrócił do Szpiega i uklęknął obok niego.

-Słyszałeś? - powiedział podekscytowany - Przyjdą. Pomogą nam.

Szpieg powoli skinął głową i spróbował się uśmiechnąć, chociaż oddech wciąż był płytki. Spojrzał na pełnego determinacji Jeremiego i zobaczył krew przy czole. Czy chłopak zranił się w głowę? Jak bardzo jest ranny? Czy powinien zapytać?

Jego tok myślenia przerwał pył ponownie spadający z poruszających się części.

Odgłosy maszyn udowadniały, że ktoś ich słyszy i nie pozwoli im zostać tutaj na zawsze.

Uśmiech na twarzy Jeremiego lśnił jak słońce w tej okropnej sytuacji.

Pomimo wszystkiego co się wydarzyło, pomimo brudu i obrażeń, pomimo potarganych włosów i otarć, chłopak wciąż się uśmiechał na myśl o ratunku.

Szpieg rozkoszował się tą radością swojego syna. Patrzył na niego uważnie, jakby chcąc zapamiętać ten moment na zawsze.

Jeremy jeszcze coś mówił, ale Szpieg już tego nie słyszał, jego powieki stały się dziwnie ciężkie, a mózg nie wyłapywał co się wokół niego dzieje

Na początku chłopak nie zauważył braku odpowiedzi, zbyt zajęty nasłuchiwaniem nadchodzącej pomocy.

Słyszał wiele obcych głosów wśród ludzi którzy ich odkopywali. Nie, żeby go to jakoś bardzo dziwiło, w końcu prawie połowa drużyny była na innej misji i uważał się za szczęściarza, że ktokolwiek był w stanie odebrać sygnał o pomocy.

W jego głowie już zaczęła pojawiać się wizja nadejścia reszty, światło przedostające się przez wyrwy, świeże opatrunki, czy nawet słodki promień Medigun, coś do picia i długi odpoczynek.

Dopiero gdy spojrzał na Szpiega, dostrzegł to prawie martwe, puste spojrzenie i dziwną rezygnację na twarzy.

Zamarł.

Podszedł i przyglądał się starszemu, widząc sączącą się, świeżą krew.

Oczy zaczęły go piec.

Natychmiast użył słuchawki.

-Musicie się pośpieszyć, Szpieg znowu krwawi! - wrzasnął, jakby to miało pomóc w tej sytuacji.

Odwrócił się w stronę Francuza.

-Jeszcze trochę i tu będą, oni…

-Nie zdążę.

-Co?

To nie był dramatyczny szept lub krzyk człowieka w agonii, a bardziej stwierdzenie faktu.

A brak emocji w głosie przerażał młodszego, gdy w jego oczach pojawiły się łzy. Twarz już nie była w stanie utrzymać uśmiechu.

Z jego gardła wydarło się coś przypominającego parsknięcie.

-Nie… zaraz tu będą, wszystko będzie dobrze, zobaczysz… - Zaczął powtarzać Jeremy, choć nie do końca wiedział czy mówi to do Szpiega czy do siebie.

Spojrzenie jakie posłał mu starszy przeraziło go do szpiku kości.

Echo odległych maszyn zanikał w jego umyśle, brzmiąc jak drwina.

-Jeszcze tylko chwila - powiedział słabo.

Desperacko chwycił Szpiega za ramiona, próbując nie myśleć, jak jego ciało już było zbyt zimne, od zbyt długiego leżenia na zimnym metalu.

-Wytrzymasz jeszcze, błagam cię, nie teraz - zaczął dusić się własnym oddechem - Nie zostawiaj mnie teraz.

Jeremy słysząc brak odpowiedzi, przystawił ucho do piersi Szpiega, szukając czegokolwiek. Krótko odetchnął słysząc słabe bicie serca.

Zbyt słabe.

Ignorował łzy spływające mu po policzkach.

Całe życie uciekał przed prawdą, a gdy w końcu ją poznał, to miała zniknąć.

A on nie mógł nic z tym zrobić.

Słyszał wołające ich głosy, ale ignorował je, na rzecz obserwowania słabego ruchu rannego ojca.

Echa były zbyt odległe, gdy tutaj, w tym dusznym półmroku, liczył się tylko fakt, że Szpieg powoli wymyka mu się z rąk.

Wtedy jego powieki powoli się otworzyły, gdy spojrzał nieostrym wzrokiem na Jeremiego.

Jakby chciał zapamiętać twarz syna, którego łzy kapały mu na klatkę piersiową.

Jego wzrok zmiękł, zanim wydusił.

-Jestem z ciebie dumny Jeremy.

Chłopak zamarł.

-Nigdy nie przestawaj biec… szukając szczęścia.

Każde słowo brzmiało na tak pełne bólu i wysiłku.

Palce, które zwykle trzymały nóż, podniosły się do dłoni chłopaka, i zacisnęły jego palce, ściskając je na złotym zegarku.

Jakby w ostatnim akcie woli chciał oddać przedmiot swojemu potomkowi.

-Przepraszam.

Jeremy spuścił wzrok na zegarek, a łzy zaczęły mu szybciej płynąć. Nie mógł powstrzymać drżenia dłoni, gdy zaczął potrząsać Szpiegiem.

-Nie! Nie zgadzam się! Nie możesz-

Jego głos się załamał, gdy próbował złapać powietrze.

Dlaczego nie mógł oddychać?

Dlaczego jego dłonie były takie lepkie od krwi?

Dlaczego nagle tak mu zależy?

-Kurwa, przecież zaraz tu będą! - mówił, próbując jakkolwiek panować nad sytuacją.

Agresywnie odpalił słuchawkę, gdy zaczął mówić na skraju histerii.

-On krwawi i nie reaguje, nie wiem co mam robić- Co mam robić?

Po kilku trzaskach rozległ się pilny głos Medyka zadającego mu mnóstwo pytań i wydający rozkazy.

Musiał zrobić co trzeba, byleby go jeszcze utrzymać przy życiu.

Zaraz tu dotrą.

Muszą.

Próbował znaleźć źródło urazu Szpiega, a jego łzy zaczęły mieszać się z rozlaną wszędzie krwią.

Szarpnięciem zdjął maskę starszego, jakby brak tej niewielkiej bariery mógł pomóc mu w ratowaniu go.

Zwykle zakryta twarz była nienaturalnie blada, a pomimo tego lśniły na niej krople potu.

Na policzkach miał liczne piegi, tak podobne do tych na twarzy Jeremiego. Jeśli w jego głowie pojawiła się jakakolwiek wątpliwość, że jakimś cudem całe wyznanie było tylko czymś, co wymyślił mózg Szpiega pod wpływem wykrwawiania się, to właśnie prysła.

Wyglądał tak podobnie do Jeremiego.

W tle słyszał głos Medyka, mieszający się z odgłosami maszyn nad głową.

-Słyszysz? - zaczął mówić pośpiesznie - Nie żartuj tak sobie, otwórz oczy i posłuchaj! Opowiem ci o mamie, chcesz? Wciąż ją lubisz, prawda? Wiesz, że ona ciebie też? Pomimo wszystko zawsze gdy o tobie opowiadała, miała to spojrzenie w oczach, ona…

Skaut starał się wypełnić ciszę, wciąż trzymając dłoń Szpiega w swojej ręce, jakby trzymał się nadziei.

Czuł, jakby cały jego świat stanął w miejscu.

Jeremy nie wiedział, jak długo siedział w tej pozycji.

Zgarbiony, ze łzami spływającymi po policzkach.

Trzymając w rękach zimną dłoń.

Czuł bliską obecność nadchodzącego ratunku.

Wiedział jedno.

Nie mógł puścić tej dłoni.

Bo jeśli puści, to zostanie sam.

 

───── ⋆⋅☆⋅⋆ ─────

 

Śniadanie tego dnia przypominało bardziej czuwanie niż posiłek.

Nikt się nie kłócił.

Nikt nawet nic nie mówił.

Talerze cicho się przesuwały, gdy najemnicy przesuwali swoje jedzenie na talerzach, a każdy ruch wydawał się wymuszony.

Skaut siedział gdzieś z boku, z bandażem wciąż owiniętym wokół głowy. Rana wciąż wydawała się pulsować, choć to nie to sprawiało, że jego spojrzenie było puste, a wzrok wbity w pełny talerz.

Mało jadł od…

Po jego lewej siedział Gruby z własnymi bandażami, które zdawały się znowu przeciekać, choć nie zwracał na to uwagi. Jadł rytmicznie, jakby w ogóle nie skupiał się na tym co robi, chociaż co jakiś czas zerkał na Skauta.

Demoman był cichy w sposób, w jaki nie był nigdy wcześniej. Gips na nodze wystawał poza stół, a palce cicho bębniły po stole, jakby chcąc chwycić butelkę, której tam nie było.

Inżynier opierał głowę w zabandażowanych dłoniach, nawet nie próbując udawać, że próbuje coś zjeść. Może chciał coś naprawić? Czasami unosił głowę w stronę drzwi, jakby spodziewał się, że za chwile zobaczy jak ktoś wchodzi.

Ale drzwi pozostawały puste.

Zupełnie jak miejsce Pyro.

Zupełnie jak miejsce Szpiega.

Nikt nie odważył się na nich usiąść.

Na jednym krześle leżała czarna, porysowana maska z pękniętym szkłem wizjera.

A na drugim pusta maska przesiąknięta krwią, jakby czekając aż ktoś ją podniesie.

Medyk je tam odłożył, choć nikt nie był pewien dlaczego.

Może chciał przypomnienia o swoich dwóch największych porażkach?

O przyjaciołach, których nie udało mu się uratować?

Skaut drgnął, kiedy czyjaś łyżka nieprzyjemnie zazgrzytała o talerz. Ten dźwięk tak bardzo przypominał mu tamtą noc.

Przez jego głowę przeleciały obrazy tamtej nocy, zapach krwi, uczucie kurzu w płucach oraz migające światło latarki, gdy ktoś sprawdzał jego reakcje.

Leżące nieruchomo ciało.

Wieści o porażce drugiej drużyny.

Nic nie wydawało się już takie samo, gdy w bazie stały dwa puste pokoje.

Nikt nie rozmawiał.

Nikt się nie śmiał.

Skaut miał głowę spuszczoną nisko.

W kieszeni ciążył mu zegarek.

Zegarek Szpiega.

Skaut postanowił wstać nagle, odsuwając krzesło.

Nie spojrzał na niego i ruszył w stronę wyjścia.

W stołówce została dusząca cisza, ale na zewnątrz powitało go chłodne powietrze.

Ziemia wciąż była wilgotna po porannej mgle, a niebo szare i matowe.

Podniósł głowę, oddychając czystym powietrzem.

Stał tak przez chwile, a chuda sylwetka stała zagubiona na otwartej przestrzeni.

Wtedy zaczął się poruszać.

Najpierw powoli.

Krok po kroku.

Ignorując obolałe kończyny, z wahaniem zaczął zwiększać tempo.

Nogi poddały się instynktowi, który znał lepiej niż wszystko inne. Każdy krok stawał się pewniejszy, szybszy i bardziej zecydowany.

Trucht zmienił się w bieg.

A bieg zmienił się w sprint.

Chłód otoczenia uderzał go w twarz, a mokra trawa ocierała się o nogawki spodni, ale on tego nie czuł.

Jedyne co istniało to ten rytm uderzeń serca i odgłos stóp krótko dotykających ziemi.

Ignorował też łzy, rozmywające się pod wpływem pędu.

Szorstki oddech się rwał, jakby płuca walczyły o powietrze.

Ale nie zwalniał.

Każda przeszkoda wydawała się kolejnym powodem by biec szybciej, zostawiając za sobą ciężar niewypowiedzianych słów.

Na pustkę braku obecności.

To był jego sposób na przerwanie.

Jego sposób na żałobę.

Jego mózg zaczął podsuwać mu wspomnienia.

Nigdy nie przestawaj biec, szukając szczęścia.

Serce uderzyło, jakby w żalu.

A Skaut biegł dalej.

Nie dla siebie.

Przynajmniej nie tylko. 

Jakby te słowa stały się obietnicą, którą uczynił częścią siebie.

Świat stał się tylko rozmazanymi plamami barw, gdy zatracał się w szarości i chłodzie otoczenia.

A on wciąż nie zwalniał.

Ponieważ jego historia nie kończy się na płaczu.

Kończy się na biegu.

Akcie życia, podsycany stratą która popycha go na przód.

Jego własny hołd.

Dla siebie.

Dla ojca.

Bo czasem jedynym sposobem, by kogoś pamiętać, jest nie zatrzymywanie się.

 

 

Biegnie w dal, gdzie cisza drży
W głowie pamięć ojca tkwi
Gdzie nie spojrzysz, tam Skaut gna
W sercu pustka, serce łka

Notes:

:)

Series this work belongs to: