Chapter Text
Wrzesień 1998
Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów
Hermiona Granger
Nikt z siedzących na sali sądowej nie był zaskoczony, gdy Lucjusz Malfoy został uznany za winnego (bardzo) długiej listy przestępstw, o które go oskarżono. Z wyjątkiem samego Lucjusza Malfoya, oczywiście.
Malfoy senior, który przez ostatnie kilka miesięcy przebywał w celi tymczasowego aresztu w oczekiwaniu na proces, nie przypominał już w najmniejszym stopniu dawnego siebie. (Jedynie spięte w kucyk włosy pozostał niezmienne). Ziemista cera, ciemny zarost kontrastujący z przetłuszczonymi platynowymi włosami, przekrwione oczy i, co najbardziej uderzające, prawdziwy brud pod paznokciami składały się na obraz Lucjusza, który był żywym ucieleśnieniem powiedzenia o jego ‘upadku z piedestału’.
— Lucjuszu Malfoy, zostałeś uznany za winnego wszystkich sześćdziesięciu siedmiu przestępstw, o które zostałeś oskarżony. Proszę oczekiwać, podczas gdy ja wraz z pozostałymi członkami Wizengamotu podejmiemy decyzję w sprawie twojego wyroku. — Ogłosił przewodniczący Wizengamotu, wyniosły, mężczyzna z okrągła warzą w okularach, które zdawały się przeczyć prawom grawitacji. Następnie wstał i odszedł do bocznej sali, za nim podążyło sześciu pozostałych.
Zszokowany tym absolutnie oburzającym werdyktem, Lucjusz postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i głośno wygłosił całą żenującą litanię oświadczeń, takich jak: „Czy wy wiecie, kim ja jestem?!” (niestety wiemy), po czym dodał: „Znam Alexandra Prissy’ego!” (Kogo? Hermiona spojrzała na Rona, który tylko pokręcił głową; on też nie miał pojęcia, kto to mógł być). I wreszcie: „Zniszczę was wszystkich!” (Co mogłoby zabrzmieć groźnie, gdyby Lucjusz nie miał na sobie pasiastej więziennej piżamy, i niestety była ona ubrudzona, miała na sobie z przodu plamą z jedzenia). Najwyraźniej był zdeterminowany, by zapewnić publiczności jak najwięcej komicznej rozrywki w trakcie tej krótkiej przerwy w procesie, Lucjusz przeszedł następnie do dramatycznego zawodzenia, próbując wzbudzić litość obecnych, ogłaszając, że cierpi na schorzenie, które absolutnie wyklucza jego przebywanie w „wilgotnych warunkach”. (Hermiona omal nie uroniła łzy… z politowania..)
— Wilgotne warunki?! — rzucił Ron. — Jakoś sobie radził przez lata z nosem głęboko wsadzonym w tyłek Voldemorta. Trudno o gorsze warunki do przeżycia niż to.
Trudno się z tym nie zgodzić… ale serio, ta scena w jej wyobraźni nie była jej do niczego potrzebna.
— Narcyza opróżni skarbiec i przekaże wszystko na organizację charytatywną, którą sami wybierzecie!
Ach, Lucjusz ponownie sięgnął po sprawdzoną metodę zasypywania problemu pieniędzmi. Zupełnie niespodziewany zwrot akcji, nikt się tego przecież nie spodziewał.
Na te słowa Hermiona dostrzegła, jak Narcyza Malfoy unosi różdżkę. Czy zamierzała uciszyć męża czy też pójść na całość i go zabić, trudno było stwierdzić. To naprawdę mogło pójść w każdą stronę. Na szczęście dla Narcyzy, Draco Malfoy chwycił ją za nadgarstek i stanowczo pociągnął w dół, uniemożliwiając jej użycie magii podczas trwania rozprawy. Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów miał w tej kwestii wyjątkowo surowe zasady.
Hermiona musiała to Lucjuszowi przyznać. Spośród wszystkich procesów powojennych, w których brała udział, jego był bezsprzecznie najbardziej widowiskowy. Najciekawsze momenty zaczęły się już na samym początku, gdy zespół obrońców Lucjusza nie miał do zaoferowania zbyt wiele poza stwierdzeniem, że ich klient „przejrzał na oczy”. Dowodem tego nagłego objawienia miało być to, że podczas ostatecznej bitwy o Hogwart odmówił walki po stronie Voldemorta. W rzeczywistości Lucjusz po prostu uciekł, choć obrońcy jakimś cudem nie wspomnieli o tym ani słowem w swojej mowie końcowej. (Na szczęście prokurator z wielką przyjemnością dopilnował, aby wszyscy obecni zostali o tym dokładnie poinformowani).
— Byłem pod wpływem Klątwy Imperiusa! — ryknął Lucjusz, uderzając dłońmi o kraty klatki.
— Phi — parsknęła Hermiona do Rona, gdy po sali rozeszły się tłumione chichoty. — On chyba naprawdę nie wierzy, że ktoś znowu da się nabrać na tę wymówkę?!
— Jeśli Lucjusz Malfoy pokazał nam dziś cokolwiek, to tylko to, że jest kompletnym świrem — odparł Ron. — Choć w sumie żadnych dodatkowych dowodów już nie potrzebowaliśmy.
— Jak on może twierdzić, że był pod wpływem Klątwy Imperiusa, biorąc pod uwagę to, co zrobił Narcyzie? — warknęła Ginny z drugiej strony Rona, ściskając mocno dłoń Harry’ego.
To nie było coś, co Hermiona powiedziałaby w jakichkolwiek innych okolicznościach, ale niech Godryk błogosławi Rabastana Lestrange’a. To właśnie Rabastan był świadkiem jednej z wielu sytuacji, w których Lucjusz Malfoy wzmacniał rzuconą przez siebie Klątwę Imperiusa na Narcyzę. To wspomnienie posłużyło jako dowód, dzięki któremu oczyszczono ją ze wszystkich zarzutów. Od tamtej pory Narcyza dostarczyła cennych informacji, wspomnień i zeznań, które pomogły w odnalezieniu i osadzeniu niektórych z najbardziej bezwzględnych popleczników Voldemorta.
Przewodniczący Wizengamotu pojawił się ponownie i zajął miejsce na podwyższonym stanowisku, które znajdowało się dokładnie naprzeciwko Lucjusza. Po jego obu stronach zasiedli pozostali członkowie składu sędziowskiego, a na sali zapanowała kompletna cisza. Siedzący obok Hermiony Ron pochylił się do przodu, a jego twarz wyrażała nerwowe oczekiwanie. Nawet Harry podniósł głowę i wyprostował ramiona, jakby przygotowując się na najgorsze. Ginny, chcąc go wesprzeć, delikatnie ścisnęła jego dłoń i przesunęła się by siedzieć bliżej niego na ławie. Hermiona spojrzała bezwiednie na dłoń Rona i zastanowiła się, czy powinna ją ująć. To przecież coś całkowicie naturalnego w relacjach między parą… ale z jakiegoś powodu nie wydawało się to właściwe. Wiedziała, że wkrótce będą musieli o tym poważnie porozmawiać.
Zamiast tego Hermiona postanowiła się czymś zająć i pozwoliła, by jej wzrok powędrował w stronę Draco Malfoya, który siedział cicho obok swojej matki po przeciwnej stronie sali. Jakby przywołany jej spojrzeniem, uniósł wzrok, a jego srebrnoszare oczy zatrzymały się na jej twarzy. Dawniej Hermiona być może poczułaby się skrępowana, że została przyłapana na wpatrywaniu się w niego, ale takie drobnostki nie miały już teraz znaczenia. Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, nie zwracając uwagi na nikogo i niezauważeni przez nikogo innego na sali.
Od czasu jego własnego procesu, który odbył się kilka miesięcy wcześniej, nikt nie słyszał niczego o Draco. To Hermiona i Harry zostali wskazani jako główny powód, dla którego miał rzekomo „uniknąć sprawiedliwości”. Nie miało jednak znaczenia, co ludzie myśleli czy mówili na ten temat. Hermiona nie żałowała swojej decyzji, by zeznawać na jego korzyść. Draco był równie wielką ofiarą wojny jak wszyscy inni, a szokujące dowody przedstawione przez jego obronę tylko to potwierdziły. Szantaż, groźby, tortury fizyczne i psychiczne. Draco przeszedł naprawdę wiele. Pod koniec procesu, gdy został w końcu uniewinniony i jego matka wyprowadzała go z Sali sądowej, jego wzrok odnalazł Hermionę. Usta ułożyły się w dwa ciche słowa: „dziękuję wam”. Najpewniej był to efekt załamania nerwowego, w sprawie którego Hermiona szczerze miała nadzieję, że otrzymuje odpowiednią pomoc.
— Dziękuję wam za cierpliwość… — Hermiona oderwała wzrok od Malfoya i spojrzała na przewodniczącego Rady Wizengamotu. — po ogłoszeniu wyroku skazującego i po długiej naradzie … — owszem narada się odbyła ale zniknęli co najwyżej na dziesięć minut, więc Hermiona uznała to za lekką przesadę — zapadła decyzja, że Lucjusz Malfoy odbędzie karę dwudziestu lat w Więzieniu w Azkabanie.
W sali rozległ się ryk gniewnych głosów. Aby zachować spokój wobec narastającej paniki, która groziła całkowitym przejęciem kontroli po tej fali wrogości, Hermiona oparła plecy o drewnianą ławę i wzięła kilka głębokich, drżących oddechów.
Oddychaj. Tylko oddychaj. Nie możesz się tu załamać, prasa tylko na to czeka.
— Nie mogę uwierzyć, że ten dupek nie dostał dożywocia — warknął Ron ze złością.
— Już po wszystkim, Ron, nie ma sensu się teraz tym denerwować. Przynajmniej przez bardzo długi czas nie będzie go na wolności — westchnęła Ginny.
Obok niej Harry wciąż milczał, lecz jego wzrok był utkwiony w Aurorach na dole, którzy wyprowadzali histeryzującego Lucjusza Malfoya z sali. Jego szarpanie się i krzyki przypominały Hermionie sytuację z jej trzyletnim kuzynem, który wpadł w szał, gdy powiedziano mu, że nie może zjeść dywanu.
— WSPOMAGAM ORGANIZACJE CHARYTATYWNE! — ryknął Lucjusz, szarpiąc się z Aurorami, którzy teraz ciągnęli go za ramiona.
Nie minęła chwila, a Kingsley, świeżo mianowany szef Departamentu Aurorów, stracił cierpliwość i z lekkim, niemal rozbawionym uśmiechem ogłuszył go zaklęciem. Lucjusz został następnie wyprowadzony spokojnie z sali, lewitując do góry nogami.
— Hermiono, proces się skończył. Chodźmy — powiedział Ron, delikatnie szturchając ją, żeby się ruszyła.
Hermiona spojrzała z niepokojem na tłum gromadzący się przed salą sądową. Nie znosiła tłumów, zwłaszcza ostatnimi czasy. Już nie było tak jak kiedyś, kiedy mogła załatwiać swoje sprawy pozostając niezauważona. Nie. teraz wszyscy chcieli jej uwagi. Aparaty fotograficzne wciskano jej w twarz pod najbardziej niekorzystnymi kątami (ujęcie z aparatu wciśniętego prosto w jej nozdrza było szczególnie koszmarne), pytania wykrzykiwane agresywnie w jej kierunku (niektóre były wręcz skrajnie niestosowne), a rozentuzjazmowani ludzie próbowali zapraszać ją na randki, zmuszali ją też do składania podpisów na różnych rzeczach albo wciągali w zdjęcia bez pytania. (Pojęcie granic osobistych zdawało się przestać istnieć). To wszystko było przytłaczające.
— Szybciej, no dalej. Im prędzej to załatwimy, tym lepiej — ponaglał Ron, gdy Hermiona powoli przesuwała się wzdłuż ławy na galerii widokowej w stronę wyjścia z sali.
— Muszę do łazienki — powiedziała cicho Hermiona do Rona tuż przed tym, jak dotarli do wielkich czarnych, lakierowanych drzwi. — Znajdę cię za chwilę.
Najlepiej dopiero wtedy, gdy reporterzy się znudzą i pójdą do domu.
Kakofonia dźwięków, która uderzyła w uszy Hermiony, gdy tylko przemknęła przez drzwi z sali sądowej do holu Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, była ogłuszająca. Trzymając się bocznej ściany z opuszczoną głową, Hermiona powoli przesuwała się w stronę toalet, starając się pozostać niezauważona. Hałas, tłum ludzi, duszne pomieszczenie pozbawione choćby jednego okna, wszystko to potęgowało uczucie paniki narastające w jej klatce piersiowej. Z każdym krokiem ciężar w jej płucach robił się coraz bardziej przytłaczający, a zwyczajowy rytuał głębokiego oddychania, który zazwyczaj jej pomagał, tym razem zawiódł. Potykając się po omacku i usiłując złapać oddech, Hermiona nagle została odepchnięta w bok, gdy zderzyła się z jakimś przypadkowym mężczyzną. W próbie odzyskania równowagi uderzyła w kolejną osobę, która odruchowo ją odepchnęła, co sprawiło, że znowu się zachwiała. Z jej gardła wyrwał się cichy jęk, zimny pot oblał jej skórę, a ona rozpaczliwie próbowała utrzymać się na nogach. Jeszcze raz ruszyła naprzód, za wszelką cenę pragnąc dotrzeć do bezpiecznego schronienia, jakim były toalety.
W chwili, gdy Hermiona zaczęła tracić równowagę, a wizja trafienia na pierwszą stronę „Proroka Codziennego” jako nieprzytomna, niechlujna kupka nieszczęścia stawała się coraz bardziej realna, ciepła dłoń zacisnęła się na jej ramieniu i gwałtownie wciągnęła ją w ciemną wnękę.
— Głębokie oddechy, Granger.
Malfoy…?
Hermiona sapnęła, cofając się gwałtownie i wpadając plecami na zimną kamienną kolumnę w chwili, gdy Malfoy ją puścił. Chłód był zaskakująco kojący; oparła się o nią i osunęła na podłogę.
— Mugolaczki to teraz twój typ, Malfoy? — rzuciła Hermiona, choć sama nie była pewna, dlaczego to powiedziała. Potrzeba rozładowania napięcia najwyraźniej zwyciężyła nad zdrowym rozsądkiem. — Nie spodziewałam się, że to właśnie ty wciągniesz mnie do ciemnej wnęki. Powinnam dać znać Jęczącej Marcie. Wciąż ma do ciebie tę swoją kompletnie nierozsądną i zupełnie niewytłumaczalną słabość.
Malfoy parsknął śmiechem i opadł siadając na podłodze naprzeciwko niej, wygładzając zagniecenia swojej eleganckiej, czarnej szaty.
— Muszę przyznać, że wolę kobiety z tętnem, ale może właśnie tu popełniałem błąd.
Śmiech wyrwał się z ust Hermiony, zanim zdążyła go powstrzymać.
— No proszę, kto by pomyślał, że potrafisz żartować.
Po jej słowach kąciki ust Malfoya lekko się uniosły w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.
— Twój chłopak zdaje się świetnie bawić. Niektórzy z nas, jak widać, szybciej dochodzą do siebie po wojennej traumie — zauważył Malfoy, skinieniem głowy wskazując środek holu.
Hermiona wychyliła się zza kamiennej kolumny i zobaczyła Rona, który z ożywieniem rozmawiał z reporterką „Proroka Codziennego”.
Ciekawe, jakie nieskładne bzdury ozdobią jutro łamy gazety.
— Ron radzi sobie z traumą na swój własny sposób — odparła Hermiona.
Oboje obserwowali w milczeniu, jak Harry podszedł powoli do Rona i, z uśmiechem, który nie sięgał oczu, i również zaczął odpowiadać na pytania.
— Oni tego nie rozumieją, prawda? — zapytał cicho Malfoy, ponownie kierując wzrok na Hermionę. — Kiedy spojrzała na niego pytająco, dodał. — Wojna była trudna dla każdego, ale na różne sposoby. Wszyscy kogoś straciliśmy, wszyscy byliśmy zmuszeni robić rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili. Ale Potter i Weasley nie pojmują do końca, jak niebezpieczna ta wojna była dla ciebie, Granger.
— Dla wszystkich było niebezpiecznie — odparła Hermiona z napięciem w głosie, gdy przez jej ciało rozlał się lodowaty niepokój wywołany jego słowami.
Mięsień w szczęce Malfoya drgnął, a on sam przez chwilę przyglądał się jej uważnie, najwyraźniej próbując zdecydować, ile powinien powiedzieć.
— Oboje dobrze wiemy, że gdyby Czarny Pa... — Malfoy zacisnął mocno usta, zirytowany własnym przejęzyczeniem — Gdyby Voldemort wygrał, Potter i Weasley zginęliby szybko. Weasley, jako czystokrwisty, zawsze miał jakiś wybór. Mógłby na przykład porzucić Zakon i prowadzić względnie bezpieczne życie. Ku mojej irytacji muszę mu oddać, że zasłużył na uznanie za to, że postanowił zostać i walczyć. Potter był bardziej w bardziej skomplikowanej sytuacji, ale od początku była mu przeznaczona szybka śmierć. Ty jednak... Mugolaczka, kobieta, walcząca u boku największego wroga Voldemorta. Byłaś ostatecznym policzkiem wymierzonym we wszystko, w on co wierzył. Twój los byłby gorszy niż śmierć. W oczach śmierciożerców nie byłaś ani czarownicą, ani mugolką. Byłaś potwornością, którą należało zniszczyć w sposób jak najbardziej poniżający i upadlający. Wiem, że jesteś wystarczająco bystra, by zrozumieć, co mam na myśli kiedy to mówię. Mogłaś opuścić kraj, jak zrobiło to wielu innych mugolaków, ale zostałaś. Stanęłaś po stronie Pottera, niezależnie od ryzyka, bo wiedziałaś, że on cię potrzebował. Żyłaś ze świadomością, co może cię spotkać, i mimo to walczyłaś w tej wojnie. W tej chwili to Potter i Weasley powinni zrobić wszystko, żeby cię chronić. Bo oboje wiemy, że bez ciebie nie byłoby ich tutaj.
Podczas tej długiej przemowy Malfoya, w której postanowił potwierdzić wszystkie jej najgorsze obawy Hermiony, jej dłonie zaczęły drżeć.
— To co mówisz jest niesprawiedliwe. Gdyby nie Harry i Ron, mnie też by tu nie było — odparła, zaciskając ręce mocno na kolanach.
— Może. Ale w tej chwili siedzisz ze mną w ciemnej wnęce, ledwo się trzymając, a najbardziej zdumiewa mnie fakt, że Potter i Weasley nie mają o tym pojęcia — powiedział Malfoy spokojnie, opierając dłonie na kolanach i czekając na odpowiedź Hermiony.
— Ukrywam to przed nimi. To nie ich wina, że tego nie zauważyli — odparła stanowczo Hermiona.
Malfoy westchnął z wyraźną frustracją.
— Choć raz w życiu bądź samolubna Granger, pomyśl o sobie. Cokolwiek myślisz, że teraz potrzebujesz, zrób to. Czujesz, że musisz zniknąć na jakiś czas z życia publicznego? Zrób to. Musisz zamieszkać na trochę wśród mugoli? Zrób to. Musisz wyjechać za granicę i leżeć na plaży z koktajlem w jednej ręce i książką w drugiej? Zrób to. Zasłużyłaś na to.
Hermiona z gniewem starła łzę, która zdradziecko spłynęła jej po policzku.
— To, co powiedziałeś, pokazuje, jak bardzo różnią się nasze życia — odparła, choć bez złości w głosie. — Naprawdę chciałabym gdzieś wyjechać na jakiś czas, ale to nie takie proste. Nie dorastałam z nieograniczonymi pieniędzmi do dyspozycji.
Kiedy Malfoy zamyślił się na moment, oparł się plecami o ścianę i wyciągnął nogi po obu stronach Hermiony. Ona spojrzała na nie podejrzliwie, jakby w każdej chwili mógł spróbować ją nimi zmiażdżyć.
— Jestem ci coś winien, Granger. Zeznawałaś na moją korzyść, choć wcale nie musiałaś. Salazar świadkiem, że nie zasłużyłem. Więc powiedz mi. Czego potrzebujesz?
Australia…
Nie! Hermiono, nie bądź głupia. On przecież nie mówi tego na serio.
Hermiona przyglądała się zmęczonej i pozbawionej dawnej pewności siebie wersji Draco Malfoya siedzącej przed nią. Temu, który w niczym nie przypominał chłopaka, jakiego znała kiedyś. Miał rozczochrane włosy i ciemne cienie pod oczami. Zawsze był przystojny, i nadal taki był, co ją irytowało, ale wojna odcisnęła na nim piętno tak samo jak na nich wszystkich. Draco Malfoy nie był jej nic winien.
Hermiona pokręciła głową i odwróciła wzrok.
— Nie jesteś mi nic winien.
Malfoy parsknął.
— Jesteś tak cholernie uparta, Granger. — Po chwili w jego oczach zatańczył psotny błysk, a usta wykrzywiły się w uśmiechu, który natychmiast wywołał u Hermiony przypływ adrenaliny i postawił wszystkie jej zmysły w stan gotowości. — Powiedz mi, czego potrzebujesz, albo sprawię, że każdy reporter w tym budynku dowie się, że Złota Dziewczyna, Hermiona Granger, ukrywa się w ciemnej wnęce z byłym Śmierciożercą, Draco Malfoyem. Może nawet puszczę plotkę w eter, że robiliśmy rzeczy niewyobrażalnie nieprzyzwoite z udziałem Klątwy Wiążącej… — urwał, przygryzając wargę i patrząc na Hermionę z wymownym błyskiem w oku.
Klątwy Wiążącej?
Rumieniec zalał twarz Hermiony, gdy wykrztusiła z siebie ze złością.
— To szantaż! Na Merlina, jesteś kompletnym dupkiem!
— Winny. Przyznam, że z entuzjazmem oddaję się tej działalności. Ale jestem też Ślizgonem — oznajmił Malfoy. — A jeśli zapomniałaś, Ślizgoni są wyjątkowo przebiegli i mają skłonność do stawiania na swoim. Niektórzy z nas są też oszałamiająco przystojni.
Jego uśmiech jeszcze się poszerzył, a Hermiona, ku własnemu zaskoczeniu, znów parsknęła śmiechem. Przez krótką chwilę miała wrażenie, jakby znów byli w Hogwarcie. Z tą tylko różnicą, że Draco Malfoy ją rozśmieszał, nie zachowywał się jak wcześniej kiedy doprowadzał do łez.
Biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się od czasu Ostatecznej Bitwy, Hermiona nie znalazła odpowiedniego momentu, by porozmawiać z Harrym lub Ronem o swoich rodzicach. Nie znaczyło to jednak, że nie prowadziła intensywnych badań nad zaklęciami pamięci ani że nie rozważyła każdej możliwej drogi dotarcia do Australii. Gdy tylko znajdzie odpowiedni sposób, Hermiona zamierzała od razu wyruszyć w podróż.
— Muszę dostać się do Australii — powiedziała cicho Hermiona, mając nadzieję, że Malfoy nie zapyta dlaczego. — Nie mam wystarczająco dużo pieniędzy na świstoklik, a międzynarodowe pozwolenia na podróż Siecią Fiuu mogą zająć miesiące, jeśli nie lat nawet w normalnych warunkach. A teraz nie wiadomo, ile to potrwa. Nie mogę wykonać wielu teleportacji, bo między nami a Australią jest ogromny ocean, więc pozostaje mi tylko mugolski sposób. Ale potrzebuję około tysiąca funtów na bilety lotnicze...
— HERMIONO! — krzyknął Ron gdzieś z poza wnęki.
Przeszyło ją nagłe ukłucie paniki na myśl o opuszczeniu tego miejsca, ale i tak już tu została za długo. Wzięła kilka głębokich oddechów, po czym podniosła się z podłogi.
— Lepiej już pójdę — powiedziała.
— Wypatruj mojej sowy jutro — powiedział stanowczo Malfoy, podnosząc się z trudem i chwytając Hermionę za nadgarstek, zanim zdążyła się oddalić.
— Naprawdę nie musisz...
— Na Salazara, Granger! — przerwał jej Malfoy. — Wiem, że przyjęcie pomocy ode mnie jest sprzeczne z każdym twoim instynktem, ale przyjmiesz ją. Wypatruj mojej sowy i, na miłość Merlina, pozbądź się tego idiotycznego Weasleya.
Hermiona przełknęła ślinę, próbując opanować narastającą gulę w gardle.
— To bardzo niepokojące, kiedy jesteś miły… no może pomijając uwagę o Ronie.
— Mogę być dla ciebie niemiły, jeśli wolisz. — W oczach Malfoya błysnął niebezpieczny błysk, a przez ciało Hermiony przebiegł impuls czegoś zupełnie niespodziewanego... Ekscytacja? Nie, to byłoby upokarzające. — Moglibyśmy dać reporterom prawdziwy temat do plotek — dodał, pociągając ją lekko za nadgarstek i przyciągając bliżej do siebie.
I tak po prostu, dupek znów dał o sobie znać.
— Draco... — Oczy Malfoya natychmiast powędrowały ku niej ze zdziwieniem. Hermiona była niemal pewna, że to pierwszy raz, gdy zwróciła się do niego po imieniu. — Przez całe życie odgrywałeś jakąś rolę. Czy to idealnego syna, żeby zaimponować rodzicom. Czy idealnego czarodzieja czystej krwi, żeby zaimponować znajomym. Idealnego sługę, żeby przetrwać. Czy ty w ogóle wiesz, kim jesteś? — Malfoy natychmiast zacisnął usta, więc Hermiona mówiła dalej. — Masz drugą szansę. Wykorzystaj ją lepiej tym razem.
I z tymi słowami Hermiona opuściła bezpieczną wnękę.
Bezpieczną?!
Z Draco Malfoyem?!
Naprawdę potrzebuję Uzdrowiciela umysłu.
Draco Malfoy
No więc, kurwa.
Stwierdzenie, że Draco był dobrze zaznajomiony ze skomplikowanymi uczuciami wobec Granger, byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Ale właśnie wtedy, gdy udało mu się bezpiecznie zamknąć te emocje w odległym zakątku umysłu, Granger zdołała rozbroić te drzwi jednym słownym atakiem, który wywołał u niego niepokojącą reakcję. To było frustrujące (i podniecające).
— No więc... dostałeś to, czego chciałeś? — zapytał Theo, zaglądając do wnęki, gdy Granger była już w bezpiecznej odległości. — I żeby było jasne, nie mówię o czystej satysfakcji z oglądania, jak twój ojciec w spektakularny sposób traci resztki godności. Kto by pomyślał, że Lucjusz potrafi krzyczeć tak wysokim głosem? Przez chwilę myślałem, że dwie banshee odprawiają rytuał godowy na środku sali rozpraw.
Jakby mój ojciec w ogóle kiedykolwiek miał jakąkolwiek godność.
Draco parsknął śmiechem.
— Dwie banshee uprawiające seks na środku sali sądowej byłyby chyba bardziej zabawne. Choć przy mojej matce siedzącej tak blisko mogło by się zrobić trochę niezręcznie.
— Znam jedno miejsce… — zaczął Theo z szerokim uśmiechem, po czym celowo urwał.
— Nie wątpię — odparł Draco przeciągle, po czym wrócił do pierwotnego pytania, chcąc powstrzymać rozmowę przed dalszym stoczeniem się w absurd. — Granger musi dostać się do Australii.
Australia była dość nietypowym wyborem, ponieważ czarodzieje rzadko tam podróżowali ze względu na trudności z dotarciem. Z pewnością jednak istniał ku temu powód, ponieważ Granger nie była osobą działającą bezmyślnie. Była inteligentna, odważna i bezinteresowna…
Okluduj Draco! Cholera jasna.
— Dlaczego ona chce tam lecieć? — zapytał Theo z oburzeniem, jakby sama myśl o podróży do Australii była czymś obraźliwym.
— Nie zapytałem.
— Oczywiście, że nie — Theo przewrócił oczami, dając tym samym jasno do zrozumienia, że Draco go rozczarował, nie zdobywając tylu szczegółów, ile powinien. — Świstoklik, tak? Biorąc pod uwagę twój obecny status jako „boleśnie seksownego, ale znienawidzonego przez całą czarodziejską społeczność”, myślę, że czas odwiedzić Ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Może to potrwać kilka dni, ale powinniśmy coś załatwić.
Ach, Ulica Śmiertelnego Nokturnu. To właśnie tam powinien się pokazywać uniewinniony śmierciożerca z problemem wizerunkowym.
— Potrzebuję tego na jutro — poinformował Theo Draco z uprzejmym uśmiechem.
— No oczywiście, że potrzebujesz! — Theo pchnął lekko Draco w ramię w geście, który Draco postanowił potraktować jako przejaw braterskiego wsparcia. — Zdajesz sobie sprawę, że skoro nie masz już dostępu do skarbca Malfoyów, będzie cię to kosztować sporą część twoich własnych oszczędności?
— I twoich, jeśli moich mi nie wystarczy — odparł Draco z pogodą. — To znasz kogoś, czy nie?
— Znam kogoś. Jestem z siebie dumny, że mam szemrane kontakty. Takie znajomości bywają naprawdę przydatne. Choć obawiam się, że to oznacza wyprawę do wyjątkowo szemranej części Ulicy Śmiertelnego Nokturnu — dodał Theo z wyraźną radością malującą się na twarzy.
Jeszcze lepiej. Reporterzy będą zachwyceni, że dostarczam im takiej rozrywki które nadają się na pierwszą stronę. Już to widzę: „Draco Malfoy zauważony w wyjątkowo szemranej części Ulicy Śmiertelnego Nokturnu! Miejsce znane zarówno z uprawiania seksu z tym, z czym nie powinno się tego robić, jak i z największego ryzyka złapania chorób związanych ze zwierzętami morskimi”. (Te dwie aktywności mogły być powiązane, ale Draco nigdy nie czuł potrzeby, by to sprawdzać).
— Wspaniale. Będę musiał się w kogoś zmienić. Jakie mam tym razem opcje? — zapytał Draco. Nie żeby naprawdę przejmował się tym, co napisze o nim „Prorok Codzienny”, ale jego matka zdecydowanie nie musiała czytać plotek o rzekomym romansie syna z kelpią.
— Doskonale! Mam dla ciebie dwie opcje do wyboru, uroczy staruszek, który z dumą opowiadał mi o swoich czterech kotach, albo dość zabawna mugolka, która dała mi tak porządne klapsy, że przez dwa dni nie mogłem usiąść na tyłku — oznajmił Theo, wyciągając dwie fiolki przed siebie. Fiolką z włosem mugolki potrząsnął lekko i sugestywnie, wyraźnie dając do zrozumienia, którą opcję sam by wybrał.
Draco westchnął z rezygnacją, ustępując Theo dla świętego spokoju.
— Ale ja nie chcę znów być starcem. Ostatnim razem miałem problem bo ledwo zrobiłem dwa kroki, a już musiałem odpoczywać.
— Bądź spokojny, dokonałeś właściwego wyboru — powiedział Theo, poklepując go po plecach, gdy Draco przechylił fiolkę i szybko wypił eliksir, zanim zdążył się nim zakrztusić.
Nieprzyjemne uczucie bulgotania pod skórą i wyginających się kości zaczęło się niemal natychmiast. Zdecydowanie zbyt powoli jak na gust Draco, jego ciało zaczęło się przekształcać w wysoką, smukłą kobietę z tak ogromnym biustem, że jego stopy zniknęły z jego pola widzenia.
— Na Salazara! Czy one są prawdziwe?! — zawołał Draco, ostrożnie trącając jedną z nich, jakby miała zaraz wybuchnąć.
— Absolutnie nie, ale za to świetnie się w nich chowało twarz. Mało się nie udusiłem — odparł Theo z dumą.
Biorąc pod uwagę wszystkie sposoby, w jakie prawie zginąłem przez ostatnie lata, z przyjemnością wybrałbym właśnie tę opcję.
— Zamierzasz mnie obmacywać podczas tej wyprawy, prawda? — zapytał Draco, choć doskonale znał odpowiedź.
— Wielokrotnie — potwierdził Theo.
Przeczesując dłonią swoje nowe, falowane brązowe włosy, Draco poświęcił chwilę na mentalne przygotowanie się, podczas gdy Theo zajął się dopasowywaniem jego szat, by wyglądały bardziej kobieco. Wyrok, jaki dziś usłyszał jego ojciec, nie był dla niego zaskoczeniem. Tym, czego Draco się nie spodziewał, było jednak przytłaczające poczucie ulgi i wolności, jakie towarzyszyło całej sytuacji. Pełna kontrola nad majątkiem rodu Malfoyów miała teraz przejść na jego matkę, która już wcześniej zgodziła się rozwiązać jego kontrakt małżeński z Astorią Greengrass. Choć nigdy nie przyznałby tego głośno w rozmowie z Hermioną, to trzeba było przyznać, że miała rację. Przez lata zmuszano go do odgrywania różnych ról i nie zamierzał dopisać do tej listy kolejnej, jaką byłaby rola „idealnego czystokrwistego męża”. Po raz pierwszy w życiu Draco miał wolność, by podejmować własne decyzje.
— Jesteś zdecydowanie zbyt ładny, żeby aż tyle myśleć — oznajmił Theo, zerkając Draco głęboko w oczy, jakby próbował odczytać jego myśli.
— Granger powiedziała mi, że całe życie grałem jakąś rolę… — zaczął Draco.
— Nie myli się — przytaknął Theo, zachęcając go gestem do kontynuowania.
— Powiedziała też, że dostałem drugą szansę od życia i żebym tym razem postarał się zrobić coś lepiej.
— Granger jest bystra, ale przecież zawsze o tym wiedziałeś. To jeden z wielu powodów, dla których od lat masz na jej punkcie potajemnie obsesję — zauważył Theo z szerokim uśmiechem.
Obsesję?!
— Wcale nie miałem na jej punkcie obsesji od lat! — warknął Draco. Niektórzy mogliby to nazwać obsesją, on sam określiłby to raczej jako irytującą ciekawością, z wyraźnym naciskiem na słowo „irytującą”.
— Oczywiście.
— Możesz powiedzieć mojej matce, że nie wracamy z nią do dworu? Sam bym poszedł, ale może mieć parę pytań… — Draco wskazał na swoje świeżo nabyte piersi. Pokusa, by pójść do toalety i dokładnie je obejrzeć, była całkiem silna, ale w akcie zachowania wielkiej samokontroli zdołał się powstrzymać aby tego nie zrobić. Order Merlina Pierwszej Klasy powinien przyjść do niego lada dzień.
— Z największą przyjemnością, ślicznotko — odparł mu Theo z mrugnięciem oka. — A pomyśl tylko, później możesz zaczarować sobie rękę tak, żeby zdrętwiała, i możesz wyobrażać sobie, że to Granger robi ci dobrze w podziękowaniu za opróżnienie skarbca, żeby zdobyć dla niej nielegalny świstoklik.
Draco w myślach odtworzył ten moment, w którym Theo odkrył tę technikę masturbacji. Theo był tak zachwycony swoim odkryciem, że zdrętwiała przez ponad tydzień ręka ani trochę nie zepsuła mu humoru. (Po licznych eksperymentach ustalili, że do tego celu najlepiej sprawdzają się trzy Zaklęcia Żądlące).
— Może faktycznie tak zrobię… — zaśmiał się Draco.
— A co, jeśli Granger nie wróci już z Australii? — zapytał nagle Theo, obserwując, jak Hermiona podąża za Potterem i Weasleyem, wychodząc z sali.
— Nie sądzę, żeby tu wróciła. Myślę, że minie dużo czasu, zanim ktokolwiek znów zobaczy Granger — powiedział Draco cicho.
— I to cię nie rusza? — zapytał Theo z wyrazem troski na twarzy.
— To nie tak, jakbym kiedykolwiek miał u niej jakiekolwiek szanse, Theo. Bycie tutaj ją wyniszcza, a patrzenie na to jest gorsze niż nigdy już jej nie zobaczyć. Poza tym brak konieczności oglądania jej z Łasicą naprawdę pomoże mi trzymać się z dala od Azkabanu — odparł Draco, wzruszając ramionami, jakby to było nic takiego, choć w rzeczywistości było, i rozpaczliwie żałował, że drzwi do zamkniętego pokoju w jego głowie właśnie zostały brutalnie wyważone tymi słowami.
— Jak blisko byłeś dzisiaj rzucenia klątwy na Weasleya? — zapytał Theo.
— Nawet nie masz pojęcia. Granger miała praktycznie atak paniki, a on nawet, kurwa, tego nie zauważył — warknął Draco.
— Ale ty zauważyłeś… bo przecież absolutnie nie masz na jej punkcie obsesji — powiedział Theo i uszczypnął Draco w tyłek na tyle mocno, że ten gwałtownie się pochylił, a twarz tego palanta wylądowała, jak na zawołanie, dokładnie między piersiami Draco.
